piątek, 27 grudnia 2013

Trzeba być...

Święta minęły, wkrótce nadchodzi Nowy Rok. Tyle jest wolnego, że aż w dupach się przewraca i nie ma co robić. Nie chcę jeszcze do szkoły, ale tyle czasu, to aż faktycznie nudzi i człowiek momentami popada w apatię. Mnie brak zajęć skłania do myślenia. Oczywiście także gram, czytam, piszę, słucham muzyki, leżę, oglądam i jeszcze 1000 innych czynności, a jednak na końcu się okazuje, że nie ma co robić. No tak...
Jutro kolejne godziny do zaplanowania i tak aż do środy, gdy połowa ludzi będzie odżywała po szalonej nocy. Może użyłem niewłaściwego wyrażenia, ale nie znam się do końca na sprawach picia i niepicia, co mam was oszukiwać. Ja pewnie będę zamulał, oglądał wrestling, Futuramę, czy inne bzdety, no ale ch*j z tym. Po prostu Trzeba Być, przeżyć i zobaczyć co będzie dalej. To, że jedna kula z lotka wypadła to nic, bo reszta dalej się kręci i wszystko idzie dalej...

wtorek, 24 grudnia 2013

Aj łisz ju a mery kristmes.

Ach, ten wigilijny wtorkowy poranek, gdy słońce nieśmiało przebija się przez chmury. Zapowiada się pogodny dzień, pełen miłych i spokojnych wrażeń, niczym nieskażony, raj po prostu. Ten świąteczny dzień, gdy czuć choinkę, widać lampki, a każdy na facebooku życzy szczęścia, pomyślności, alkoholu w sylwestra i innych pierdół. Piękny, tradycyjny, kochany spamik, którego nie sposób pokochać, bo co za dużo, to nie zdrowo. Już za kilka godzin każdy zasiądzie do wigilijnego stołu, a pół godziny po jej końcu facebook zawali się wiadomościami, jak to zajebista jest wigilia i wgl. No, na temat duchowego wymiaru świąt ja się nie wypowiadam. Generalnie, to ja wam życzę, żeby było jak chcecie, byście dostali co chcecie, i tyle chyba, resztę to poczytacie na zaspamionej głównej na facebooku.

Pozdrawiam w ten świąteczny miły dzień,
Janek.

niedziela, 22 grudnia 2013

Jeszcze nie ma świąt.

W piątek czułem atmosferę świąteczną, za sprawą klasowej wigilii. Atmosfera była świetna, klimat idealny, a dzielenie opłatkiem jedną z ciekawszych czynności (bo czego życzyć jak się ledwo zna ludzi?), wymagających kreatywności (Zdrowia, szczęścia to nie wszystko). Całkiem miło było, na tych 3 skróconych lekcjach. Byle więcej takich chwil z klasą, którą nawet polubiłem. No, w sumie to ten post miał być wczoraj, ale pisząc go, zasnąłem... Chrrrapp... 

Dość sennie jest dzisiaj, takie mam wrażenie. Nawet nawalając pół godziny w GTA IV (które mnie wciągnęło) dalej mi się chce spać, ale to nic. Spokojny, przyjemny dzień, bez gwałtownych zdarzeń. Niezwykle miła monotonia gwałtownego i zmiennego życia, w pochmurny 22 grudnia 2013.

 Wczoraj było równo nudnie, poza wieczornym spacerem pośród absolutnej ciemności przez las oraz ciekawą wymianą światopoglądową z pewną niewiastą. Pomimo tego, że było już po północy, a moje oczy ledwo zipały, to znalazłem sporo sił na (jak się okazało), przyjemną i dającą do myślenia rozmową na facebooku, to też zaliczę do miłych akcentów. Pozdrawiam Tę Niewiastę (niech jej dane osobowe pozostaną tajemnicą). Będzie warto coś napisać kiedyś, czym jest racjonalizm itd., ale zanudzać zamierzam was kiedy indziej. 


czwartek, 19 grudnia 2013

If you just close your eyes... Napływ weny.

Bierze mnie ostro na różne przemyślenia. W środku się znacznie uspokoiłem, troski właściwie minęły. Dzień mija spokojnie, aż niewiarygodne. Jutro klasowa wigilia i się ładnie odpierdolę, czasem trzeba. Trochę zobojętniałem na trudy i zbędne problemy. Nie powiem, czuję zajebiście. Idąc miastem i słuchając muzyki spotkałem wenę, której rezultat jest niżej.

Płynąłem
Płynąłem za długo
By osiągnąć brzeg

Myślałem
Myślałem o wszystkim
Nie mając sił

Marzyłem 
Marzyłem o wrażeniu
Że obok latarnia

Patrzałem
Patrzałem na wodę
Nie było końca

Oddychałem
Oddychałem non stop
Na próżno

Ujrzałem
Ujrzałem latarnię
Bez świateł

Straciłem
Straciłem latarnię
Bez sensu

Janek, Jankes, Janson, (jakkolwiek inaczej zwany) pozdrawia Was.
To pozdrawiam. Miłej nocy i miłego piątku.



wtorek, 17 grudnia 2013

Carpe Diem

Przeżywam chyba jeden z najlepszych dni w ostatnim czasie. Układa mi się sporo, moje relacje z innymi ludźmi są piękne, nieskażone niczym. Czuję się świetnie, tak, że niemal osiągam szczyt szczęścia... Ach, pomarzyć mi zawsze wolno. Ironię też czasem mogę zastosować. Czasem bardzo często.

Znalazłem się oto w pięknym miejscu swego samopoczucia. Czuję się przecież świetnie, więc i piękne miejsce. Wiadomo, idealnie nigdy nie będzie, czasem przyjdzie jakieś urozmaicenie. Hm, bywa czasem. 

Bo nie ma to jak dobry skok z dywanu.

I nadal trzeba komuś zrobić z dupy jesień średniowiecza


No i filmik.


niedziela, 15 grudnia 2013

Jankiem być...

Właśnie podejmuję się chyba najtrudniejszego dla mnie tematu, szczerze mówiąc. A propos do szczerości, jest ona jednym z haseł tego bloga. Tłumacząc na polski: ,,Prawda, Szczerość, Niekonwencjonalność". Taka oto "dewiza" tego wszystkiego, co pod tym adresem jest. W dalszej części będzie kwintesencja tych słów, jako, że co do mnie, te słowa mają soczyste i ciekawe zabarwienie.

Nie wiem od czego zacząć tę jakże spektakularną autobiografię... Na imię mi Janek (jak wiecie ze strony, z tytułu posta, z autopsji i innych źródeł wiedzy), lat mam 16 obecnie. Miejscowość nie gra roli, to jedno z tysiąca zadupiów położonych gdzieś w oddali od dużych miast.

W drodze do domu spotkałam pewnego młodego chłopaka siedzącego jednej z ławek na promenadzie. Na oko jakieś 16 lat, jasna cera, jasne włosy, oczy wyglądały na szare bądź niebieskie, w każdym razie jasne. Nie rzucał się specjalnie w oczy, był jednym z wielu, którzy spędzali wolny czas nad J. Miejskim. Zauważyłam w nim jednak coś wyjątkowego. Nie przeszkadzało mu to, że sam siedzi, ba, nawet wydawał się z tego zadowolony. Był wpatrzony w jakiś punkt, prawdopodobnie myślał, a po chwili na jego ustach pojawił się uśmiech. Spojrzał na mnie przelotnym wzrokiem, a zaraz potem wsiadł na rower i pojechał, kto wie, gdzie.

Oups, i odszedłem od słowa "autobiografia". No dobra, wiadomo już co nieco o moim wyglądzie ogólnym i że lubię czasem wsiąść na rower. No i że przyjemnie mi się myśli i rozprawia na różne tematy. I że obojętne mi jest towarzystwo ludzi, chociaż nie powiem, lubię ludzi.

O muzyce wspominałem w osobnym poście. Skracając, uwielbiam Celtic Punk Rock i czasem reggae.

Ważny element dla mnie stanowi tworzenie, tzn. pisanie wierszy oraz czasem jakichś historyjek, które i tak wyrzucam do kosza. Wiersze zostawiam na kartkach, bądź na dysku C. Z tego jestem osobiście dumny. I pisząc, robię to różnie. Tematyka począwszy od zwykłych codziennych spraw, poprzez opisywanie krajobrazów, a na krytyce systemów wartości skończywszy. Nakręca mnie to i pobudza to stawiania sobie coraz to lepszych wyzwań.

Coś, co jest dość nietypowe we mnie, to poglądy. Absolutnie uważam, że nie ma boga, ani żadnych paranormalnych spraw, magii ani nic innego takiego, bo moim zdaniem takie coś nie ma prawa bytu. Istnieje tylko to, co dostrzegamy zmysłami, lub są na to dowody (takie jakie ogarniemy zmysłami). No, tak samo nie cierpię pseudo-nacjonalistycznych kurew, które wprowadziłyby najchętniej teokrację i kraj w 150% złożony z Polaków.

Podsumowując, ciekawie.


sobota, 14 grudnia 2013

,,Wyjdź teraz z cienia"

Dzień oceniam za dość dobry. No, to jest sobota, więc nie może być źle. A jest wyjątkowo dobrze. Aż dziwnie brzmi, ale jednak faktycznie. Mam pełno weny do tworzenia i warto ją wykorzystać.


Should've been a man, but you don't know how

Play your hand you lost, but it's too late now
Have to pay the price for things you've said, yeah!


czyli:


Trzeba było być mężczyzną, ale nie wiesz jak.

Grałeś swoimi kartami by przegrać, ale jest już za późno
Musisz zaplacić cenę za rzeczy które mówiłeś



A więc tak. Ja bardzo lubię ludzi, szczerze mówiąc lubię, chociaż nie zawsze to widać. Pewnie, czasem wolę własne towarzystwo, ale ludzie mi odpowiadają, z logicznych względów. Tym tokiem podążając, pomyślmy, jakie są nielogiczne względy? Zaufanie wobec niewłaściwych osób. To taki nielogiczny wzgląd, który każdy przerobił 724345 razy. Można wspomnieć także o niepewności/braku lojalności, niewyparzonym języku czy jego opinii pośród ludzi. To wszystko i tak łączy się w jedno.
 Jest taka rzecz, na którą nie mamy praktycznie wpływu. Cytując... ,,Jebać wszystkich tych,którzy sieją ferment" Właśnie, to jest to. Pierdolenie farmazonów za Twoimi plecami. To jest to, co wkurwia najbardziej. Połowa takich ssie moim zdaniem. Tak, wiem, moje zdanie macie w dupie. Tak czy siak nie zmienia to faktu, że piszę. Ja was czytelnicy lubię, każdy ma swoje sumienie i wie co robi.

W każdym razie, komuś z dupy trzeba zrobić jesień średniowiecza.



piątek, 13 grudnia 2013

Pojechałem.

Mogę spokojnie powiedzieć o sobie, że jestem człowiekiem, który bardzo (jak nie najbardziej) ceni sobie niezależność. Wychodzenie poza ramy, samowolka, odejście od zwyczajów, obyczajów i tradycyjnych zachowań, a także kontrowersja to coś opisuje mój styl pisania postów, jak i styl pisania wierszy.

 W poezji takie coś jest mile widziane, bo służy wyrażaniu siebie, a wyrzucanie złych emocji to dobra metoda na lepszy humor. Wyjątkiem mogą być tematy tabu, które wiadomo, są różnie odbierane, a ludzie, którzy je poruszają to odważni i niepatrzący na krytykę, ale nie zawsze...

 Ale wracając do postów. Jest to odmienny styl od poezji, chociaż myślowo podobny, w sensie ich wyrażania. I o ile używanie niecodziennych myśli, opinii i stylu przyciąga, o tyle wulgaryzmy nie. Dlatego powoli trzeba przestać tego używać. Jednak nie odejdę od nietypowych spraw, języku, tematów tabu i ostrych opinii...

środa, 11 grudnia 2013

I won't look back kurwa.


Tego dnia z łatwością dostrzegam 
Że wszystko powróciło do życia
W miejscu, w zniszczonym marzeniu
A my zostawimy to wszystko za sobą

Ostatnie dwa dni są całkiem całkiem, wychodzę bardziej na plus, niż na minus. Nie ukrywam, kilka osób mnie wkurwiało, ale to raczej normalne. Jednak zdecydowanie więcej jest plusów, oby tak dalej.

 Tylko dziwi mnie jedna rzecz za oknem: Czemu 11 grudnia już są fajerwerki? O.o Ja się ich za pół miesiąca spodziewam, ale gimby i podstawówka się nie mogą powstrzymać, cóż, nie moja sprawa. 

Jedno co mnie ostatnio niepokoi, to brak weny. Na pisanie postów mam, inaczej by tu nic nie było, ale na inne rodzaje twórczości niezbyt... 

W szkole dzisiaj i jutro nudno. Dzisiejsze urozmaicenie dnia to... nic właściwie. Jutro to sam nie wiem do końca.



poniedziałek, 9 grudnia 2013

Cel, właśnie.

Nie jest to żadną nowością, że:

Ustalenie Celu ≠ Dojście do Celu 

Trzeba sobie właściwie uzupełnić równanie. Nie czas teraz na lekcję matmy, ale czas na małe co nieco. Bo kiedy wydaje się nam, że sobie coś ustaliliśmy to na pewno to zrobimy. Bam bam bam, zonk, ale tak nie jest zawsze. Po drodze wspomniałem pierwszy element, lekceważenie. Problemy, czy trudności będą zawsze. Coś nam może także ułatwić. Nic nie jest proste. Zatem nawet poniższe równanie nie jest całkowicie prawdziwe:

Ustalenie Celu + Droga ≠ Dojście do Celu

Aby rozwiązać to trudne równanie, zamiast Drogi wstawmy co innego. Mianowicie Trudności i Ułatwienia

Ustalenie Celu + Trudności i Ułatwienia w trakcie = Dojście do Celu.

I oczywiście nikt za nas tej drogi nie pokona, a inne osoby, pomocne i niepomocne to zaliczę to Trudności i Ułatwień.
Proste? Proste.


niedziela, 8 grudnia 2013

Maszeruje stu po śmierć.

             
         Pewnego jesiennego dnia byłem niesamowicie znudzony i szukałem ciekawego zajęcia. Spytałem koleżanki, czy mogłaby polecić mi jakąś ciekawą książkę, która przedstawia okrutną przyszłość. Przedstawiła mi krótko powieść Stephena Kinga pt. ,,Wielki Marsz". Zasada jest taka: 100 chłopaków maszeruje m.in. 6km/h, można zejść 3 razy poniżej tej granicy, za czwartym razem dostaje się uśmiercający strzał z karabinu. Meta jest tam gdzie padnie przedostatni zawodnik. Ludzkie słabości tu nie istnieją; idziesz, albo umierasz. Jeżeli wygrasz, dostajesz cokolwiek, czego sobie zażyczysz, oprócz jednej rzeczy...

       Książka wciągnęła mnie od samego początku. Intryguje już sama fabuła. Trudno sobie wyobrazić teleturniej, w którym ludzie umierają, a w dodatku 100... Mimo wszystko umiera cała setka. Nie będę zdradzał, dlaczego. King stworzył bardzo tajemniczy świat. Stany Zjednoczone po drugiej wojnie są innym państwem, niż w rzeczywistości. Można je spokojnie porównać do totalitarnego, wystarczy Kult Jednostki, a czcią otaczany jest Major, "szef" tego widowiska. Miejsca akcji są realne, autor przedstawia nam swoje rodzinne okolice, czyli stan Maine. Pomimo tego, realia są bardzo ukryte. Wydają się one być szare, ale postacie są bardzo kolorowe i z pewnością będę je pamiętał. Zacznę tu od głównego bohatera, Raya Garraty'ego. Nie jest on narratorem, lecz Wielki Marsz jest przedstawiony z jego punktu widzenia. Narrację trzecioplanową u Kinga zaliczam jako wielki plus. Myśli zostały przedstawione świetnie, nie tylko jego, ale też "rozkminy" jego przyjaciół, Petera McVriesa czy Stebbinsa. Postacie drugoplanowe mają tu znaczenie najważniejsze. One wpływają na postępowanie, przemyślenia, a nawet wielokrotnie na życie głównego bohatera. Dialogi zawodników najbardziej mnie przyciągnęły i zdecydowanie to największa zaleta w tej powieści. Pojawiają się w nich tematy, których w normalnych rozmowach prawie wcale nie usłyszymy, od niemiłych wspomnień z dzieciństwa, przez cmentarze,a na śmierci i kwestiach przeżycia skończywszy, co jest głównym i (o dziwo) miłym w czytaniu motywem. Spokojnie mogę rzec, że to niezwykle brutalna powieść, ale i na odwrót, momentami przyprawia o wzruszenie i smutek, gdy główne postacie padają na asfalt i więcej nie wstaną i dalej nie pójdą. Dla mnie ciekawym i zadziwiającym jest to, jak autor opisuje stany chłopaków, którzy idą z agonią u boku. Okazuje się, że śmierć to w gruncie rzeczy łatwa sprawa, ale trudno sobie to przyswoić, gdy mamy ją przed oczami. Bardzo miło się czyta i jest się zafascynowanym, jak daleko zajdą i czuje się niedosyt, gdy to wszystko się kończy, bo King nie opisuje nam jednoznacznie końca, moim zdaniem świat przedstawiony jest zbyt tajemniczy, to jedyny minus w tej książce. Trochę mi tego szkoda, bo zapewne nie tylko ja jestem ciekaw, czy Marsz to prawda, czy jedynie ułuda bohatera...

       Moim zdaniem jest to genialna powieść i sięgnę po nią jeszcze nie jeden i nie dwa razy, a pewnie więcej. King genialnie napisał tą książkę i poza jednym wyjątkiem nie zmarnował fabuły. Polecam ją każdemu, gdyż to nie tylko powieść o maszerowaniu, ale też o tym, jak człowiek daleko zajdzie, żeby wygrać w grze, w której nagrodą jest życie...




piątek, 6 grudnia 2013

Muzyką dla mych uszu nie jesteś Ty.

Zatem, czas poruszyć dość ważny temat, przesądzający o sprawie życia i śmierci... Chciałbym pomówić o czymś naprawdę poważnym... A więc, omówię dalej swoje gusta muzyczne. Zapewne uznacie je za dziwne pod paroma kątami, ale...

Zacznę od tych 2 pokrewnych gatunków, które najczęściej mam w uszach. I to zapewne uznacie za dziwne... Jako że interesuję się w pewnym stopniu Irlandią, to słucham muzyki celtyckiej oraz celtic punk rocka (nie trzeba wyjaśniać). Dlaczego jeszcze ta muzyka? Sama muzyka celtycka jest barwna, melodyczna, wielotematyczna i na każdy nastrój. Preferuję zespoły takie jak The Chieftains czy Irish Rovers.


 Natomiast celtic punk rock łączy te cechy z żywiołowością punku. W wyniku tego powstaje niezwykle ciekawy efekt. Moim zdaniem ten gatunek doskonale reprezentują Flogging Molly oraz Dropkick Murphys 




Następnym gatunkiem, który bardzo lubię to reggae/ragga. Uwielbiam polskich wykonawców takich jak Vavamuffin czy East West Rockers. Nie gardzę także wykonawcami zagranicznymi, takimi jak Pato Banton.






To tyle o muzyce, którą uwielbiam. 

czwartek, 5 grudnia 2013

Tak mnie jeszcze wzięło.

Tytuł niezbyt wymowny. Pogoda jest całkiem piękna moim zdaniem, dobre odejście od monotonii, która ostatnio była, same chmury... Coś się chociaż dzieje. No oczywiście są minusy, bo szybki "spacer" na halę uświadomił mi, że "wietrzyk" i "śnieżek" czasem dają w kość i zaburzają percepcję wzroku, orientację itd.

Doszedłem jednak do wniosku, że ekstremalne zjawiska pogodowe się przydają, bo ludzie myślą, że pogoda jest strasznie łaskawa, przynajmniej w naszej okolicy, gdzie nie ma powodzi, piorunobić, tornad czy innych ciekawych spraw. Czasem gdzieś latem pier*olnie piorun, komuś raz na 100 lat podleje piwnicę i wielkie halo... Jak amerykańcom tornado raz na jakiś czas przejdzie obok dupy, to nie narzekają, bo są przyzwyczajeni. A my? A my nie. Trafiliśmy na dobre, spokojne i miłe zadupie, rzec można. I pod tym względem jesteśmy na swój sposób rozpieszczani. Nie narzekajmy na takie coś, bo globalne ocieplenie i anomalie to powoli stanie się normą. Więc, jak się przyzwyczajać, to cieszmy się z okazji.

Zbytnio się rozpisałem, ale dobra, ch*j z tym. 


Mother Russia do not suffer

I know you're bold enough
I've been around the world
And I have seen your love
I know I know it's you
You say hello then I say I do

Dziś już się wyspałem... No i se wieje.

Tytuł to czysta aluzja do wczorajszego posta. Co jak co, kreatywny nie był, ambitny też nie, ale chociaż z jakąś mądrością, tak ślicznie wypadło. Zarzucam sam sobie brak nadmiernej kreatywności i przesadzenia z ilością słów. Czasem trzeba samego siebie opie*dolić.

Chętnie bym skomentował pogodę, ale mam inne rzeczy na głowie. Mianowicie, jak się okazuje, jednak żadne. Ach, jestem mało zdecydowanym człowiekiem. No tak, ale już na poważnie. Zastanawiam się, co człowiek potrafi zrobić, by tylko utrzymać się przy życiu? Analizuję ,,Wielki Marsz", w którym trochę na ten temat jest i zapowiadam wszech i wobec, jutro napiszę recenzję tego, moim zdaniem wielkiego dzieła S. Kinga. Fabułę ogólną możecie znaleźć w poście ,,Nie, Ray, czas usiąść". 

Ogólnie zapraszam do komentowania, wymiany opinii, bo to jest fajne i ciekawe doświadczenie, żeby wiedzieć, co jest złe, a co fajne. 

Pozdrawiam, Janek.


On the rocky road to Dublin, Whack folol le rah! 


środa, 4 grudnia 2013

Nie mogę spać ku*wa mać.

5:10 - nie mogę spać
6:00 - nie mogę spać
6:55 w autobusie - próbuję nie zasnąć...
9:15 lekcja matematyki - próbuję nie zasnąć
19:39 - próbuję nie zasnąć.
23:00 znając życie - ku*wa chcę spać!
02:00 - w końcu zasnąłem
5:10 - nie mogę spać...

Oczywiście, każdy kocha ironię losu. Każdy kocha swój biologiczny zegar wstrząsany co rusz nową mutacją...


Miłego wieczoru.

PS: Normalnie nie słucham disco.

niedziela, 1 grudnia 2013

Przez las i gęstą mgłę do świata wspomnień...

           Niedziela to taki spokojny dzień. Część śpi do 13 po wczorajszej imprezie i wita ich delikatny kac, część maszeruje o 9 na mszę, inni się wylegują/jedzą śniadanie/robią cokolwiek innego. Niedziela odpręża, smuci widmem poniedziałku i leci niezmiernie szybko... Wyróżnia się czerwienią pośród braci w czarnym kolorze. To taki jeden wyjątkowy dzień tygodnia. Jednocześnie jest się wypoczętym i "nękanym" wizją początku następnego tygodnia. Delikatnie pier*olnięty dzień, tak myślę. 

            Wstał przed 10. Od rana leżał, z laptotem na nogach. Było mu ciepło i przyjemnie. Ograniczył się do standardowego zbioru czynności: granie/facebook/muzyka/czytanie. Nie śmiał się zaburzać tego porządku, to było wbrew jego interesom. Jego mina była obojętna. Poczuł lekki szok dopiero po obejrzeniu dość krwawego meczu wrestlerskiego(...)Gdy przestało padać, było około 16. Ubrał kurtkę, założył buty i ruszył na spacer. Uwielbia, gdy powoli zapada zmrok i świat okrywa ciemność. Udał się w pewne miejsce, które kiedyś było dla niego codziennością. Przebywanie tam sprawiało mu niezmierną przyjemność. Posiedział na ławkach i po chwili poszedł na mostek. Usiadł na nim, oparł się o metalowy, zardzewiały słup i zaczął myśleć... Co się zmieniło? Kim był kiedyś, a kim teraz? Jakie błędy go zmieniły? Spokojnie wstał i po chwili ruszył łagodnym tempem w stronę domu.  

sobota, 30 listopada 2013

Zmiany 69435 raz.

Myślałem dziś sporo nad wyglądem bloga i się solidnie zamęczyłem, mocno solidnie, bardzo solidnie... Znów czuję wyczerpanie i (odnosząc się do wczorajszego postu) nie czuję zmęczenia. Delikatnie ospały, słuchając Limp Bizkit (szczerze przyznam, znam tylko 2 kawałki i słucham okazyjnie jak wielu innych) leżę i się opier*alam jak cały dzień, tak samo jak jutro będę to robił...
Pewnie nikt nie zauważył zmian   Zaszły ładne zmiany graficzne jak wspomniałem. Możecie sobie zmieniać jego widok na kilka sposobów (tam gdzie macie u góry na czarnym tle Magazine). Po prawej stronie przy boku strony jest taki czarny mały pasek. Tam są inne funkcje bloga (sami zobaczcie, jakie obecnie).

No i wspomniane Limp Bizkit:


piątek, 29 listopada 2013

„Nie, Ray. Czas usiąść.”

- No. - Pearson zniżył głos. - Już się zdecydowałem. Jak będę tak zmęczony, że nie dam rady iść, to pobiegnę na bok i dam nura w tłum. Nie odważą się strzelać. Może uda mi się zwiać.
- To jakbyś skoczył na trampolinę. Z miejsca odrzucacie z powrotem na autostradę, żeby zobaczyć, jak się wykrwa­wiasz. Nie pamiętasz Percy'ego?

Już po raz 4 przeczytałem książkę S. Kinga ,,Wielki Marsz". O czym ona jest? A więc, w niedalekiej przyszłości w USA odbywają się co roku zawody, które polegają na... maszerowaniu. 100 szesnastolatków musi maszerować tempem 6km/h. Można zejść 3 razy poniżej tej granicy prędkości, za czwartym razem zawodnik dostaje czerwoną kartkę - uśmiercający strzał z karabinu. Wygrywa ten, kto wytrzyma najdłużej, a meta jest tam, gdzie padnie przedostatni zawodnik. Jest to wielkie show i narodowa rozrywka z wielką nagrodą dla zwycięzcy.
Jest to powieść z wieloma uniwersalnymi prawdami. Głównym przesłaniem jest to, że niedługo teleturnieje będą ekstremalne oraz to, że człowiek czasem desperacko trzyma się życia (w WM np. łamiąc zasady biochemii). 

Zatrzęśli budynkami, ale moje serce wciąż bije.

Tak się ciekawie składa, że niedawno wróciłem z Chodzieży. Pojechałem tam, żeby się spotkać z paroma osobami. Czy uważam to za udane? Nie. No, było fajnie, potem nie i na tym skończę rozprawianie o tym. "Miej wyjebane a będzie ci dane" no nie?
Ale gdy wracałem autobusem, pomyślałem, żeby coś tu napisać. Bo mam spooorą przerwę i braki na blogu. Czuję ogólne wyczerpanie. I psychiczne i fizycznie. Zmęczenie a wyczerpanie to dwie inne kwestie. Do końca nie jestem zmęczony (mógłbym sobie pobiegać), ale czuję wyczerpanie. Mam siły, ale te siły to za dużo jak na małe pole granicy wyczerpania.
Dobrze mi się myśli. Nawet gdy spacerowałem spokojnie po Chodzieży w niezbyt mocnym, ale rzęsistym deszczu miałem dobre rozkminy. Dostałem spokoju od paru osób, to spokojnie pomyślałem o czymś ciekawym i dobrym. 


wtorek, 12 listopada 2013

Do dupy z takim patriotyzmem!

Powiewają biało-czerwone flagi, idą tysiące ludzi, skandują patriotyczne hasła i... palą race, rzucają kamieniami w policję, palą "pedalską" tęczę, robią burdel z ulic Warszawy i jeszcze uważają się za kogo? Za patriotów! Od kiedy patriotyzm to niszczenie ulic miasta, palenie symbolu wolności i równości i atakowanie policji? Od kiedy patriota rzuca kamieniami w strażaków gaszących pożar? (ciekawostka: straty na ponad 120 000 zł)
Nawet Roman Dmowski, który nie był ideałem człowieka i miał poglądy grożące państwu i jego interesom nie wyobrażał sobie takiego czegoś. Był radykalnym patriotą, podkreślam, patriotą. Te watahy ludzi to radykalni. Radykalni idioci mający się za ludzi służących państwu. To nie są właściwe postawy... Z mojego punktu widzenia to jest przesadzenie. Te postawy można spokojnie nazwać Skrajnym nacjonalizmem, a to ociera się, bądź jest... faszyzmem i nazizmem. Tak patrioci(?) dbają o kraj i go kochają, że poglądami są blisko dawnego ciemiężcy Polski, Hitlera i jego kumpla Mussoliniego. Wielcy "patrioci" są nimi, ale nie są. Się uważają za patriotów, ale przesadzają. Trzeba pamiętać, skrajny nacjonalizm i skrajny socjalizm nie są dobre. O ile skrajny socjalizm (komunizm, anarchizm) nie jest aż tak niebezpieczny, to faszyzm i nazizm to postawy, które niszczą państwo... 
Więc... czym jest patriotyzm a czym nie jest? Na pewno jest to czucie przynależności narodowej i tego, że Polska to mój dom. Patriota jest gotów oddać życie za kraj i stanąć w jej obronie pomimo najwyższej ceny. Patriota wywiesza flagi, uczestniczy w wyborach, płaci podatki. Patriotyzm to wiara w państwo i chęć pomocy jej. A czym patriotyzm nie jest? Nie jest to rzucanie kamieniami, palenie samochodów, niszczenie miasta i wykrzykiwanie antygejowskich, antylewicowych i antyrasistowskich haseł i palenie rosyjskiej ambasady... A potem, że Polska to kraj debili...
 

czwartek, 31 października 2013

Co? Poczekaj chwilę!

Nie dziś
Po prostu
Powiedziałem

Za chwilę
na nowo
powiem
Że za chwilę
zostanę
tu

Ostatni raz
mówię
za chwilę

Będę
za chwilę
dobrze?

Napisałem ten wiersz w chwilę. Może inaczej... napisałem to w kilka minut. Chwila to dość ulotna sprawa. A dokładna godzina to nie problem. 22:10 - 22:14 dnia 31.10.13 była. A chwila... tyle chwil, która właśnie?
No, jestem w trakcie dość ciekawego tygodnia. 3 dni pod rząd do 12:25, full kartkówek, same dobre oceny, mnóstwo roboty, wspaniałe i dziwne chwile. Chciałoby się zatrzymać wiele z nich. Np. to uczucie, gdy słucham koncertu The Chieftains i Van Morrisona. Całkiem dobrze grają i przyjemnie się ich słucha razem.
Ogólnie też ludzie poprawiają mi ostatnio humor życząc szczęścia. Wiem, wiem, zdjęcie ładne, piękne itd. ale to nie tak jak myślicie :D

I wspomniani The Chieftains z Van Morrisonem (fragment):


sobota, 26 października 2013

Tymczasem w roku 3000...

Delikatny zastój, a może zmiana tempa na blogu. Chodzi o to, że trochę zwolniłem. Mam nieco mniej czasu, blogowanie to rzecz jasna ciekawa sprawa, jednak czuję, że trzeba zwolnić. Nie pytajcie czemu, chyba że naprawdę was to interesuje.

W odległej galaktyce, w której czasami bywam, by coś przemyśleć, powróciłem do pisania wierszy. Raz, że na konkurs trzeba było 3 "dzieła" napisać, a dwa, że mi naprawdę tego brakowało.

Ciekawe co będzie za 1000 lat, co nie? Tutaj nasze głowy mogą popisać się sporą kreatywnością, możemy tworzyć nieprawdopodobne teorie (niczym komisja Macierewicza), gdybać i sobie marzyć, odpłynąć i sobie wyobrazić, co będzie za tak odległy czas. To jest fantastyczne, takie własne science-fiction. Ostatnio mam tego dość dużo we własnym otoczeniu, tzn. zacząłem grać w OGame i znów oglądać Futuramę. No, w tym drugim, serialu twórców ,,Simpsonów", mamy ładnie popie*doloną wizję tego, co się dzieje za 1000 lat: Wiecznie nawalone roboty, morderczy gwiazdor, chory psychicznie kosmita z fiołem na punkcie rozwalenia Ziemii, budki samobójcze,  robopiekło, świątynię robotologii i wiele innych... Są również machiny czasu, komunikacja jest całkowicie w powietrzu i ogólnie wizerunek jest taki, jaki sobie większość wyobraża. Mentalność jednak jest taka jak w XX w. Futurama jest ciekawa, warto oglądać ten serial. Pokażę teraz pewne zdjęcie, kolejna wizja przyszłości, rok 3000:


Kto wie, co będzie kiedyś. Ja tam się zastanawiam, ale szczerze wiem, że moje scenariusze nie są realistyczne. Myślę, że za 1000 lat będzie podobnie, jak na grafice wyżej. Tylko... kto w 1000 roku sądził, że dziś będziemy latać na księżyc, komunikować się szybko i sprawnie na całym globie i że nauka zajdzie tak daleko?

Pozdrawiam,
Janek .

poniedziałek, 21 października 2013

I want to believe in a Freedom that's bold...

W niedzielę wstałem i trochę nie ogarnąłem co jest pięć. Dopadło mnie przeziębienie i własne fatalne myśli. Aczkolwiek, już dalej dzień był dobry, chociaż mój umysł lekko falował. Po sobotnim wieczorze trochę ochłonąłem i rozsądek przeważył. Zacząłem konkretnie ogarniać co i jak z tym blogiem. Z powodu owego osłabienia wczoraj nie miałem konkretnego pomysłu na posta, więc wolałem się za niego nie brać.
Za to dzisiaj, pełen werwy, delikatnie wku*wiony, z masą weny wstałem. Co jak co, ale wyjątkowo na poniedziałek nie mogłem narzekać, tylko 2 odpytania, kartkóweczka... Ach, wspaniale. No, ale już tak na serio, to jutro tylko 5 lekcji więc mój umysł odpocznie.

Czym jest śmiała wolność? No piszę o niej, bo taki temat no. A więc, śmiała wolność jest tym, co w nas drzemie, ale boimy się tego pokazać i przekazać, bo większość uważa to za idiotyzm/zakazane/naprawdę głupie/nietypowe. Śmiała wolność łamie bariery osobowościowe. Tylko, trzeba uważać gdzie płot się łamie. Bo jak złamiemy płot to bam. Kruszenie murów jest ok, ale trzeba uważać, żeby nas coś nie trafiło. No bo to różnie bywa no.


sobota, 19 października 2013

Ważne nieważne.

Na sam start pragnę podziękować pewnej osobie, która trochę mi odmieniła punkt widzenia na blog. Zna się on na tym i cenię go, mimo tego, że ostro się z nim kłóciłem, ale w końcu wszechświat z Wielkiego Wybuchu powstał.

Czasem przydają się szczere rozmowy. Najlepiej jak jest spora sprzeczność poglądów. Moim zdaniem tak jest najlepiej, bo doświadczenia mi pokazały, że kłócąc się z kimś poznasz co w Tobie złe.
Opinia na mój temat w otoczeniu... Jest bardzo kiepska, ludzie mnie obgadują, nie jestem zbyt lubiany, wstyd się ze mną pokazywać czy coś. Wiem że tak jest w sporym procencie. No ludzie mają prawo mnie nie lubić, mieć zdanie jakie chcą. Mogą oni do mnie mieć mały szacunek, lub jego brak. Wtedy ja do takich też nie mam szacunku. Działa zasada lustra. Mam sporą świadomość tego, że mnie nie cierpicie, sądzicie, że świat byłby lepszy beze mnie i że lubicie się ze mnie pośmiać. Naprawdę, ludzi, którzy tak o mnie źle myślą, to ja mam ich po prostu w d*pie. Fakt, muszę mieć dość sporą dupę, żeby pomieścić setki ludzi. Generalnie opinia ludzi jest ważna. Ważna, nie za bardzo, ale ważna. Ważne jest, by być szanowanym, lubianym itd. I nieważne jest coś, co po prostu nic nie daje. Powtarzam: Ja naprawdę nie przejmuję się kimś, kto ma o mnie złe zdanie, obgaduje i wyśmiewa. Mogę jedynie pokazać, gdzie jest wyjście.


Mila to odległość, a ciężar to sto ton
Tyle waży niepotrzebna agresja
Co spada na agresora i dusi jak recesja
Zabiera mu oddech jak nurkowi kompresja.

środa, 16 października 2013

Autokrytyka wysoce wskazana - podejście do pisania i ocena własnych niektórych postaw.

Absolutnym nonsensem jest rozprawianie na temat odczuć co do danego posta. Uważam, że brakiem sensu jest pisanie typu "Jakoś nie wiedziałem co napisać, ale nagle postanowiłem i piszę". Chodzi o treść, a nie, jak się do niej doszło. Czytając niektóre blogi, mam wrażenie, że autor ma tyle pomysłu na posta, co ja znajomości o reelekcji kwarków i subapolacji (coś z fizyką). Nie dobija mnie to, tylko czasami żenuje. Równie dobrze można napisać "Nie zjadłem chleba z pasztetem, więc poszedłem się powiesić, bo było to takie smutne". To też nie ma sensu i po co się więcej rozprawiać na ten temat... Czas przejść do konkretów.

Czekam na opinie.

czy zauważyłeś że... napisałem OKO od końca?

Więc, nie prowadzę za długo tego bloga, ale doświadczenie w blogowaniu mam i więcej niż mniej wiem, co pisać, jak pisać, po co, gdzie, czym itd. Zakładając ten blog, miałem konkretny pomysł, ale sporo myśli na realizację. Pierwsze kilka postów udostępniałem bardzo wąskiemu gronu. Trochę zagłębiałem się we własne problemy i trochę się zwierzałem. Od posta 7, który miał konkretny temat, zacząłem tę stronę udostępniać i pokazałem znów ludziom, jak piszę, czym się interesuję i co o tym sądzę. Jestem nastawiony na krytykę i pochwały, nie oszukujmy się, trzeba być na to gotowym. Nie boję się inteligentnych recenzji i komentarzy (a nie typu: Nie umiesz pisać, Twój blog jest ch*jowy, Powinieneś robić to inaczej). Chodzi mi o konkrety, a nie same puste tezy, bo takie słyszę. Wtedy odpowiadam tak samo skrótowo, bo co więcej powiedzieć? A jeśli ktoś mi powie coś konkretnego, opowie, co sądzi, jak mógłbym to robić, co jest niewłaściwe a co jest dobre, to wtedy chętne wdaję się w dyskusję. Inteligencja, to jest ta cecha, której się w tym "fachu".                                    

Myśli zbędne.


Myć włosy dzisiaj czy czekać do jutra?
Bo trzeba mieć dobry i konkretny pomysł, a nie, pisać samemu byle jakiego bloga, a czyjegoś z góry krytykować. Cóż, ja nie poradzę nic na to, że czyjś blog jest kiepski w mojej opinii i innych ludzi. Ja przyjmuję krytykę, tylko musi być obustronna, to ma być czysta wymiana myśli, a nie nawała artyleryjska i brak możliwości obrony. Mądry i inteligentny po prostu "zacznie się bawić" w coś innego i znajdzie sobie ciekawsze zajęcie. Naprawdę, odchodzę od takich bezsensownych polemik.

Blog do kreacji wizerunku?

W moich myślach ostatnio jest takie coś: Czy pisząc bloga, autor chce z siebie zrobić kogoś mądrego, znanego i wyrobić sobie nazwisko i markę? Właśnie, kwestia wymagająca pracowania mózgu. Każdy blog ma jakiś cel (każde działanie de facto ma cel) i raz się uda, raz nie, to kwestia podejścia. Osobiście sądzę, że blog nie powinien służyć do wykreowania własnej osoby w tłumie. To nie jest ten cel. Przedstawienie własnych myśli, poglądów, zainteresowań czy jakieś miłe wskazówki to całkiem dobre motywy. Ale do jasnej cholery, nie wchodzę na jakiegoś bloga by czytać jaka jest jesień. To oczywistość, widzę że liście spadają. Robienie z siebie inteligenta poprzez pisanie bloga, to jest takie dobre jak wycieranie twarzy papierem ściernym.

Samoocena bloga


Mojego bloga oceniam dobrze. Nie jest świetny, ale nie jest jakiś do d*py. Piszę go, by podzielić się i pokazać siebie. Dzielę się zainteresowaniami, myślami, poglądami. Pewnie mało z was wiedziało, że interesuję się Irlandią, uwielbiam Che Guevarę, czy to że podziwiam wrestling. Robię to, bo lubię, wręcz kocham. Nie smucę się, jeżeli wyświetleń jest mało, każdy odwiedza jak chce, a ja jestem z tego zadowolony. Nie zniechęca mnie to, że post o komuniźmie przeczytało 12 osób. Cieszę się z tego, że zdołałem te 12 osób zainteresować czymś, co jest dla mnie ważne. Wiem, że nie staję się przez to kimś wielkim, ale mogę poznać, co ludzie sądzą o moim wnętrzu, takim, które tu pokazuję. Lubiany, czy nielubiany, to jest świat i musi być pewna równowaga. Pewnie i gadam cały czas o tym samym, w tym miejscu nie ma sensu, tam też to niepotrzebne itd. Ale jeśli już tak gadam, to ma to konkretny cel. Wszystko piszę absolutnie świadomie i pokazując coś, daję znak, że istnieją jakieś wartości, rzeczy, utwory muzyczne.

Ten blog żyje własnym życiem, podlega zmianom i naprawdę, ważne są dla mnie wasze komentarze i opinie, bo dzięki temu doprowadzam do perfekcji, to co tu robię. Droga do perfekcji jest długa, strasznie długa i ciężka, pod górkę. Coś mniej więcej jak droga na Rysy. Polecam, cały dzień w drodze.

środa, 9 października 2013

"W lewo i w drzewo" - czyli jak zbłądzić z Jansonem.

Całkowicie dobry dzień, kosztem sporego wysiłku i mojej niewiedzy, jeżeli chodzi o dojście na jezioro Strzeleckie. No, można powiedzieć, że popisałem się swoją orientacją w terenie, ironicznie i nieironicznie myśląc. Ano jak? O 13 były przełaje na owym jeziorze. O 11:35 ruszyliśmy w trasę. Z dwoma kumplami wybraliśmy opcję pieszego dojścia (lekcja mniej przy tym). Zadeklarowałem, że znam mniej więcej trasę. Okazało się że znałem mniej niż więcej. I to dojście... Do okolic Lidla było całkiem ok, potem idąc w górę trzeba było za cmentarzem w lewo iść. Cytując "Św. Mikołaja" (pewnego pana, podobnie do niego wyglądającego), poszliśmy "w lewo i w drzewo". Miałem jakieś zwidy i obok amfiteatru widziałem owy cmentarz. Więc poprowadziłem kumpli w las, niezbyt gęsty. Spotkaliśmy pewną grzybiarkę, która nas ukierunkowała. Po licznych obelgach i oskarżeniach (słusznych i słusznych) i męczącej leśnej drodze, dotarliśmy na miejsce, do "Żyda". Byliśmy jako pierwsi, ale potem jeszcze na start trzeba było dobry 1km iść. O 12:51 dotarliśmy na miejsce, po dobrej półtora godziny drogi ze szkoły w Ratajach do startu. Hm, sukces. A zawody same to już dla mnie powód do dumy nie był. No cóż, zdarza się.

poniedziałek, 7 października 2013

I walk a lonely road...

,,Idę wyludnioną drogą(...)
Nie wiem dokąd prowadzi"

Pewna koleżanka mnie natchnęła, żeby zrobić zdjęcia w pewnym miejscu. Pewne miejsce jest opuszczone, ma pewien obszar, jest nieużywane od dobrych 20 lat i całkiem "zdziczało", zarosło i jest czymś innym, niż to samo miejsce sprzed 100 lat. Już nie owijając w bawełnę, są to stare tory kolejowe w Szamocinie. Budynek dworca jest zaadaptowany do innych celów (teatr Stacja Szamocin), a tory... tory są. Ostatni pociąg jechał tą drogą 19 lat temu a ostatnia osobówka 27. Jeszcze do niedawna tory były zarośnięte tak, że nie było ich widać. Teraz drzewa są wycinane, tory będą rozebrane za jakiś czas. Korzystając z pochmurnej pogody porobiłem wczoraj trochę zdjęć i "odkryłem" kilka miejsc, których wcześniej nie widziałem, np. rampy, czy nadal wiszące miejscami druty trakcyjne. Miejsce to ma swoją magię, wystarczy sobie wyobrazić, że jadą tędy pociągi... Ach, chciałoby się...












sobota, 5 października 2013

Czy słyszysz jak uciekam w dal?

Dzisiaj odpadam.
Ostatnimi dniami nic ciekawego w moim życiu się nie wydarzyło. Jesienna monotonia nastała i będzie się ciągnąć. Właściwie to brak mi motywacji, brak chęci, czuję się apatycznie. Mój słuch też pada, oj ledwo powoli co słyszę... Żeby nie było, że jest tak beznadziejnie, to mam tylko 3 lekcje we wtorek, ot coś tam małego, a pozytywnego. Tak to ze zdrowiem jest jak zawsze, całkiem dobrze. Jestem delikatnie śpiący + apatyczny (jak już wspomniałem) oraz prawie głuchy. Chaos się już wdarł, ot otworzyłem mu drzwi i sobie zwiedza przestrzeń w mojej rozkojarzonej i nieułożonej głowie.


środa, 2 października 2013

Sinne Fianna Fáil a tá faoi gheall ag Éirinn.

Ktoś mógłby pomyśleć, że pomyliłem numerację na blogu. Ale się okazuje, że specjalnie liczba 17 przypisana została temu postowi. Dlaczego? Mianowicie, dzisiaj o Irlandii. 17 marca to Dzień Świętego Patryka, patrona tego kraju. Zacznijmy od tytułu posta. Cóż on oznacza?
Żołnierski los
Irlandii każe życie dać.
Jest to początek Irlandzkiego hymnu (Amhrann na BhFiann).

Ogólnie o Irlandii.


Jest to państwo niepodległe od 1921 roku. Mówi się o nim "Zielona Wyspa", co jest jak najbardziej trafne, gdyż spore obszary zajmują tereny zielone (łąki, lasy, pola). Jest to kolor intensywnej zieleni oraz ojczyzna whiskey, pubów czy Guinnessa. Stolicą jest Dublin. Irlandia, jako państwo dzieli się na 3 części :

Connacht - zachód, o bogatym krajobrazie, główne miasto to Galway.
Munster - południowy zachód i południe kraju, znajdują się tam najwyższe góry, najważniejsze miasta to Cork i Killarney. 
Leinster - wschód kraju, główne porty. Tam jest m.in. Dublin.
Mówiąc o Irlandii, mamy przede wszystkim na myśli całą wyspę. Administracyjnie Ulster to część Wielkiej Brytanii (Irlandia Północna). Ulster to także porty, główne miasto to Belfast.
No i będę pisał o całej Zielonej Wyspie. Irlandia to całe 4 części, bez jednej nie może jej być. Jest świetnym krajem dla turystów. Piękne, niskie góry (Carrantuohill w Munster ma 1038 m.n.p.m):
,
bogactwo krajobrazów (Klify Moher, zielone pejzaże):
, 
Niezwykle ciekawa i barwna historia oraz kultura. Jedne z najdłuższych walk wyzwoleńczych i najbardziej okrutnych to właśnie tu. Zatrzymajmy się na kulturze, z tego też bardzo wyspa słynie. Któż nie słyszał irlandzkiej muzyki? Flet, uilleann pipes (rodzaj dud), bodhran (bęben) to charakterystyczne instrumenty tych słodkich i kojących serce utworów z Wyspy Św. Patryka. Główni wykonawcy irlandzkiego folku to The Dubliners czy Irish Rovers. Również jest odmiana punkowa, Celtic Punk Rock. Wracając do czysto irlandzkiej kultury. Charakterystyczny jest taniec, tzw. Step Irlandzki.


 Typowym znakiem, symbolem Irlandii jest Shamrock - czterolistna koniczyna. 
To takie ogólne informacje, niektóre posty będą także się odwoływały do tego kraju , tej wyspy.

wtorek, 1 października 2013

Pech to pech.

Zacznę od narzekania.
Albowiem...

3...
2...
1...
BAM!

Tak właśnie w skrócie mógłbym opisać mój dzień. Chodzi tu głównie o 1 w tym roku poważną kraksę na rowerze. Przez własną głupotę i nieuwagę wpadłem w jakąś dziurę. Oj tam oj tam, tylko mnóstwo pokrzyw a ja głupi w spodenkach. Boli, no za głupotę się płaci, nie oszukujmy się. Tylko jak naprawić hamulec i wyprostować koło, to mnie zastanawia, bo mam słabe pojęcie, jeśli chodzi o naprawy. W każdym razie, rower wybijam sobie z głowy na ładne pół miesiąca, może miesiąc. Jak i również czwartkowy WF, z powodu mocno obitego kolana i rozrysanych od pokrzyw nóg. Jak już wspomniałem, za głupotę się płaci.

Wczoraj wpadł mi w ucho ciekawy kawałek. Piosenka rosyjskiego (dokładniej z Obwodu Kaliningradzkiego) zespołu punk/ska Parovoz o tytule Biedronka. O co w niej chodzi? Jest to piosenka o Rosjanach z owego Obwodu, którzy korzystając z otwartych granic (brak wiz), jeżdżą na tańsze zakupy do Polski. Zespół ten ujął to w satyrycznym i jakże prawdziwym ujęciu. ,,Zdrawstwujtie Lidl, Zdrawstwujtie Biedronka" - już mówi coś ciekawego. Jest to bardzo ciekawy utwór, którego z resztą posłuchajcie :


niedziela, 29 września 2013

,, Jestem za, a nawet przeciw"

Zaczynam dziś od cytatu dzisiejszego Jubilata - Lecha Wałęsy. Znane to powiedzenie, znane na pewno.
Rzecz jasna, trochę dziwne, typowy oksymoron. Nie wiem, co miał na myśli były prezydent, ale te słowa mają ukryty sens, ktokolwiek by je powiedział. Otóż, można coś tak bardzo uwielbiać, tak bardzo mocno że potem tego się już wcale nie chce. Np. przejeść się czymś, rzucić dziewczynę bo nie chce się jej krzywdy.

Więc, praktycznie 2 dni spędziłem w Poznaniu. PKP nie było łaskawe ani wczoraj, ani dziś. Wczoraj jedyne 50 minut opóźnienia (odjechał o 8:38 zamiast o 8:06) i prawie 20 minut stania w Budzyniu (czekanie na przejazd innego, cyrk z rozkładem). Dzisiaj jedyne 20 minut opóźnienia (powód mi bliżej nieznany). Z powodu meczu Lech - Widzew, Starołęka była zawalona kibicami, którzy przyjechali koleją z Łodzi i policją (skromne 11 wozów do eskorty). Wobec czego kuzyn musiał zrobić ładny objazd do Dworca. Przynajmniej Główny był praktycznie pusty od kibiców (zdarzyło się paru pijanych, śpiewających przepiękne ody), ale pociągi nie zachwycają swoją punktualnością. Na szczęście jadąc wczoraj, był miły konduktor. Gdy pewna pani kupowała bilet, ten spytał: ,,Od jakiej stacji pani się męczy?".
Jutro zaczynam optymistycznie 2 niemieckimi.


piątek, 27 września 2013

,,Wszystko sprowadza się do dostosowania własnych horyzontów"


 Czytał może ktoś ,,Wielki marsz"?
Jeżeli tak, to może skojarzyć ten cytat. Jego autorem jest niejaki Peter McVries. Rzecz jasna, książka jest dziełem Stephena Kinga. Wykreował on genialną moim zdaniem postać. Jest to postać drugoplanowa, jednak wybijająca się z pozostałych.

O co więc chodzi z tym cytatem?
A więc. Chodzi o cele. Każdy z nas sobie je stawia. Są one różne. Możemy mieć jeden cel przez długi okres i często się zmienia nasze widzenie na niego. Coś nam pomoże, coś nam przeszkodzi i zmieniamy sobie horyzont, widzimy to z innej perspektywy. W zależności od tego, jak i gdzie sobie ustawimy horyzont, tak będzie przebiegała nasza droga do celu. Wszystko sprowadza się właśnie do tego, do dostosowania własnych horyzontów. Od tego zależy osiągnięcie celu oraz motywacja.


niedziela, 22 września 2013

500 years like gelignite have blown us all to hell.

500 lat jak nitrogliceryna
Wysadziło nas wszystkich w cholerę.

Motyw przewodni?
Okazuje się, że tak.

Generalnie moim zdaniem chodzi w tym o to, że całe 500 lat, naszpikowane mocno wojnami, gwałtownie zmieniło obraz świata. Na złe, na gorsze, na nijako. W całym tym okresie gdzieś była bomba zegarowa, w wielu miejscach czasem. Nas, wiadomo, wielu ucierpiało, dla wszystkich nadchodziły gwałtowne zmiany technologiczne.

Człowiek często sobie nie zdaje sprawy, że mimo względnego spokoju czasem coś raz, a porządnie jebnie i sobie trzeba ustalać nowy porządek życia. No, ot tak, nagle coś się stanie, ktoś niewłaściwy się wpierdoli w algorytm, parę niewłaściwych decyzji i wszystko je*nie, a potem trzeba wszystko na nowo.

Pasterz zwiódł swoje stado na manowce
Ku uzbrojonym fanatykom

Co do tego. Miał świat takich ludzi jak Stalin, Hitler, Mussolini, Pol Pot, Kim Ir Sen i organizacje takie jak Al-Kaida, Hamas czy Bractwo Muzułmańskie. Wszystko to i wszyscy ci ludzie mieli i mają (np. Al-Kaida) ciekawe pomysły na zrewolucjonizowanie świata oraz głośne "wybryki" (delikatnie rzecz ujmując). Nie jestem wierzący, ale widocznie ten, w którego wy wierzycie was po prostu wystawia na ładne próby i chory świat. Bez obrazy, no ale widocznie tak jest. Mnie nie ma kto wystawiać, po prostu moje postępowanie weryfikuje natura i prawa nauki. Np. jak mi się zachce po alkoholu skoczyć z mostu to grawitacja zrobi swoje. Natura ma to do siebie, że lubi pomagać. (wodór + tlen w stosunku 2:1 i macie drogę do zaświatów na skróty). Ale wracając do tematu wiary i niewiary. Mam taką kwestię do rozmyślenia dla mnie i dla was. Więc: Katolik i Ateista idą przy meczecie w Egipcie. Oboje krzyczą, kto kim jest. Kogo muzułmanie zapie*dolą pierwszego?


środa, 18 września 2013

Well swing a little more.

No więc tak.
Zacznę od tego, że to był dzień pełen stresu. Nie ma to jak lekcja o stresie, a zaraz potem do odpowiedzi z polskiego. Dałem radę, muszę powiedzieć.
Ogółem dzisiaj było nudno. Pogoda rano była motywująca, po południu już nie.
W tym co teraz piszę sama pełnia optymizmu i paleta emocji :D
Czas się powoli przyzwyczaić do tego, że nastaje jesień. Chciałbym 30 stopni i popływać w jeziorze. Ale jeśli bym teraz wpadł na taki pomysł to bym miał 40 stopni gorączki :D.
Krótko, bo i weny brak, a w poprzednim poście się rozpisałem. Też nagłe zwiększenie częstotliwości jest, do którego powoli się przyzwyczajam.
Osobiście nie sądzę, że jestem jakimś wprawionym blogerem, po prostu mam blogspota obcykanego i na tej witrynie łatwo mi idzie i wiem co i jak.
Jutro tylko 5km wokół Miejskiego na wf (tego się spodziewam i nie chcę). Trzymta kciuki :*

You bleeding, you win, is entertainment.

Właściwie jest to pierwszy post, od którego zaczynam publicznie pokazywać tego bloga (wcześniej parę osób go widziało). Teraz post o czymś konkretnym, wieczorem podsumuję ładnie dzień.

Jako że blog jest nie tylko o moich osobistych przeżyciach, ale też o pasjach, to dziś o czymś, co niektórzy mogą uznać za coś chorego i dziwnego. Interesuję się wrestlingiem, co akurat może być normalne i jest takowe. Klasyczną odmianę tego... Właśnie, czy to sport, czy to teatr. Uznajmy tą formę za rozrywkę i teatr (ten wrestling, który pewnie większość kiedyś oglądała, znaną postacią jest grający w "Szybkich i Wściekłych" Dwayne Johnson, znany też jako The Rock). Jest taki oto wrestling, gdzie jest mnóstwo udawanego bólu, są scenariusze (storyline'y), prawdziwej brutalności jest mało, a postacie są wyraźne i łatwo wchodzą w pamięć.
Chcę jednak opisać i przedstawić inną formę wrestlingu. Inną formę, czyli zupełnie inny wrestling. Ta forma to tzw. Deathmatche, bądź Hardcore Matche. W tych pojedynkach używa się rozmaitych narzędzi i broni, np. drut kolczasty (klasyk), jarzeniówki, krzesła, stoły, pinezki, sól, szkło czy klatki pod napięciem. Jeszcze jest wiele innych, ale te są najczęściej używane. Są to mecze krwawe, czasem się ciężko ogląda, ale przyciągają mnóstwo widzów. Takie walki są głównie w federacjach niezależnych (IWA czy Combat Zone Wrestling). Co was nie zdziwi, specjalizację w tych walkach ma Japonia. Tam odbywają się najbardziej chore walki, jakie świat widział. Oprócz pojedynczych walk są także turnieje deathmatchowe (King of The Deathmatch w IWA czy Tournament of Death w CZW). Taki mocny wrestling pojawił się na początku lat 90, przyciągał rzesze tłumów (szczególnie w Japonii, gdzie siadało na gali po 70.000 fanów). Nerwy trzeba mieć jakieś, żeby to całe obejrzeć. Chociaż, w ojczyźnie udawanego wrestlingu (WWE) takie mecze  także się zdarzały, ale strasznie rzadko i były brutalne (jak w sumie w Hardcore Matchach powinno być). Zazwyczaj w takiej odmianie nie ma scenariuszy, jedynie ogranicza się ból poprzez lżejsze ciosy (kto by chciał dostać prosto z jarzeniówki prosto w twarz, lub spaść z drabiny na stół z drutem kolczastym?). Ryzyko w walkach istnieje, spore, ale się to zabezpiecza. Sam nie chciałbym wziąć udziału w takiej walce, bo jak widzę takie coś, to dostaję pierdolca momentami. Oprócz suchej teorii pokażę niżej kilka różnych ekstremalnych walk.

A więc, zacznijmy od czegoś lekkiego. Federacja WWE. Walka Micka Foleya z Edgem z 2006. W użyciu drut kolczasty oraz pinezki :


Coś w innym klimacie, TNA, 2005. Walka Sabu vs. Abyss w stypulacji Barbed Wire Massacre. :


To teraz wejdźmy na wyższe piętro. 2011. Combat Zone Wrestling, w użyciu drabiny i jarzeniówki :

A teraz coś równie chorego, tym razem z ojczyzny ultraviolentu i chorych pomysłów, czyli Japonii. Rok 2010. Stalowa klatka i 200 jarzeniówek, cóż bardziej chorego?:

Jeżeli ktoś chce obejrzeć inne mecze, które są brutalne, to youtube i hasła np. CZW, Deathmatch, staple gun match, barbed wire match. Odsyłam też do strony o jednym z turniejów, gdzie znajdziecie różne odmiany i sobie je możecie obejrzeć : http://en.wikipedia.org/wiki/IWA_Mid-South_King_of_the_Deathmatch

poniedziałek, 16 września 2013

Climbing up the top sails, I lost my leg!!

Uwielbiam twórczość Dropkick Murphys i często się nią inspiruję, odwołuję do niej i się nasycam ich muzyką.

Cóż, dzień ten był zupełnie jak pogoda. Szara, nudna, monotonna. Przydał by się śnieg albo burza (pioruny i śnieg w 1 też jest ok, jak w lutym zresztą było).
Osoby, które tak uwielbiam i to czytają, mam wiadomość, która was zaskoczy tak jak susza na pustyni : Wchodzimy oto w kilkumiesięczny bezkres jesiennej pierdolonej monotonii. Czasami wyjdzie słoneczko i poświeci na kolorowe liście, co sprawi, że na twarzach połowy z was pojawi się nieopisany banan, a humor wzrośnie o kilka leveli. A potem bam, zima: zimno, ciemno, dużo śniegu, ewentualne zakłócenia w komunikacji kolejowej i autobusowej (+3h opóźnienia zawsze ok).
No, tak. Czasami mam problemy typu "Co zrobimy z pijanym marynarzem" (odsyłam do Drunken Sailor, taka piosenka). 500 rozwiązań, a żadne dostatecznie dobre, a problem pozostaje.


Owe Drunken Sailor:

niedziela, 15 września 2013

Farewell to Nova Scotia...

Farewell to Nova Scotia, the sea-bound coast,
May your mountains dark and dreary be.
For when I am far away on the briny ocean tossed,
Will you ever heave a sigh or a wish for me?

Czasami...
Czasami nagle wraca się do świata wspomnień.
Do świata ukochanych wspomnień sprzed lat.
Dla mnie te ukochane są sprzed 8 - 15 lat (tyle pamiętam).
Świat ten podlega metamorfozie i nieustannym zmianom...
Ach, gdyby teraz nagle się stały takie jak sprzed tych kilkunastu lat.
Dla mnie las mógłby pozostać taki sam.
Te same kształty ścieżek leśnych.
Dziury w asfaltówce te same.
Ten sam zardzewiały znak ustąpienia pierwszeństwa na skrzyżowaniu.
Ślady opon roweru z pierwszej leśnej wycieczki.
Ten sam stos drewna po prawej.
10 letnia pusta butelka wody, bo nagle chciało mi się wtedy pić.
Odbijające się echo słów : ,,Jak daleko jeszcze?"
Ten sam kasztan po prawej obok wielkich kałuży przed lasem...

Wiele takich miejsc, dziś odwiedziłem jedno z bardziej mi bliskich i sentymentalnych.