niedziela, 8 grudnia 2013

Maszeruje stu po śmierć.

             
         Pewnego jesiennego dnia byłem niesamowicie znudzony i szukałem ciekawego zajęcia. Spytałem koleżanki, czy mogłaby polecić mi jakąś ciekawą książkę, która przedstawia okrutną przyszłość. Przedstawiła mi krótko powieść Stephena Kinga pt. ,,Wielki Marsz". Zasada jest taka: 100 chłopaków maszeruje m.in. 6km/h, można zejść 3 razy poniżej tej granicy, za czwartym razem dostaje się uśmiercający strzał z karabinu. Meta jest tam gdzie padnie przedostatni zawodnik. Ludzkie słabości tu nie istnieją; idziesz, albo umierasz. Jeżeli wygrasz, dostajesz cokolwiek, czego sobie zażyczysz, oprócz jednej rzeczy...

       Książka wciągnęła mnie od samego początku. Intryguje już sama fabuła. Trudno sobie wyobrazić teleturniej, w którym ludzie umierają, a w dodatku 100... Mimo wszystko umiera cała setka. Nie będę zdradzał, dlaczego. King stworzył bardzo tajemniczy świat. Stany Zjednoczone po drugiej wojnie są innym państwem, niż w rzeczywistości. Można je spokojnie porównać do totalitarnego, wystarczy Kult Jednostki, a czcią otaczany jest Major, "szef" tego widowiska. Miejsca akcji są realne, autor przedstawia nam swoje rodzinne okolice, czyli stan Maine. Pomimo tego, realia są bardzo ukryte. Wydają się one być szare, ale postacie są bardzo kolorowe i z pewnością będę je pamiętał. Zacznę tu od głównego bohatera, Raya Garraty'ego. Nie jest on narratorem, lecz Wielki Marsz jest przedstawiony z jego punktu widzenia. Narrację trzecioplanową u Kinga zaliczam jako wielki plus. Myśli zostały przedstawione świetnie, nie tylko jego, ale też "rozkminy" jego przyjaciół, Petera McVriesa czy Stebbinsa. Postacie drugoplanowe mają tu znaczenie najważniejsze. One wpływają na postępowanie, przemyślenia, a nawet wielokrotnie na życie głównego bohatera. Dialogi zawodników najbardziej mnie przyciągnęły i zdecydowanie to największa zaleta w tej powieści. Pojawiają się w nich tematy, których w normalnych rozmowach prawie wcale nie usłyszymy, od niemiłych wspomnień z dzieciństwa, przez cmentarze,a na śmierci i kwestiach przeżycia skończywszy, co jest głównym i (o dziwo) miłym w czytaniu motywem. Spokojnie mogę rzec, że to niezwykle brutalna powieść, ale i na odwrót, momentami przyprawia o wzruszenie i smutek, gdy główne postacie padają na asfalt i więcej nie wstaną i dalej nie pójdą. Dla mnie ciekawym i zadziwiającym jest to, jak autor opisuje stany chłopaków, którzy idą z agonią u boku. Okazuje się, że śmierć to w gruncie rzeczy łatwa sprawa, ale trudno sobie to przyswoić, gdy mamy ją przed oczami. Bardzo miło się czyta i jest się zafascynowanym, jak daleko zajdą i czuje się niedosyt, gdy to wszystko się kończy, bo King nie opisuje nam jednoznacznie końca, moim zdaniem świat przedstawiony jest zbyt tajemniczy, to jedyny minus w tej książce. Trochę mi tego szkoda, bo zapewne nie tylko ja jestem ciekaw, czy Marsz to prawda, czy jedynie ułuda bohatera...

       Moim zdaniem jest to genialna powieść i sięgnę po nią jeszcze nie jeden i nie dwa razy, a pewnie więcej. King genialnie napisał tą książkę i poza jednym wyjątkiem nie zmarnował fabuły. Polecam ją każdemu, gdyż to nie tylko powieść o maszerowaniu, ale też o tym, jak człowiek daleko zajdzie, żeby wygrać w grze, w której nagrodą jest życie...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz