Całkowicie dobry dzień, kosztem sporego wysiłku i mojej niewiedzy, jeżeli chodzi o dojście na jezioro Strzeleckie. No, można powiedzieć, że popisałem się swoją orientacją w terenie, ironicznie i nieironicznie myśląc. Ano jak? O 13 były przełaje na owym jeziorze. O 11:35 ruszyliśmy w trasę. Z dwoma kumplami wybraliśmy opcję pieszego dojścia (lekcja mniej przy tym). Zadeklarowałem, że znam mniej więcej trasę. Okazało się że znałem mniej niż więcej. I to dojście... Do okolic Lidla było całkiem ok, potem idąc w górę trzeba było za cmentarzem w lewo iść. Cytując "Św. Mikołaja" (pewnego pana, podobnie do niego wyglądającego), poszliśmy "w lewo i w drzewo". Miałem jakieś zwidy i obok amfiteatru widziałem owy cmentarz. Więc poprowadziłem kumpli w las, niezbyt gęsty. Spotkaliśmy pewną grzybiarkę, która nas ukierunkowała. Po licznych obelgach i oskarżeniach (słusznych i słusznych) i męczącej leśnej drodze, dotarliśmy na miejsce, do "Żyda". Byliśmy jako pierwsi, ale potem jeszcze na start trzeba było dobry 1km iść. O 12:51 dotarliśmy na miejsce, po dobrej półtora godziny drogi ze szkoły w Ratajach do startu. Hm, sukces. A zawody same to już dla mnie powód do dumy nie był. No cóż, zdarza się.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz