sobota, 16 sierpnia 2014

Poznań miasto doznań - Największy przystojniak na wakacjach.

Trochę ironii w tytule jest jak zawsze na miejscu, fajny tytuł, całkowicie odzwierciedlający rzeczywistość, szczególnie jego 2 część.

W Poznaniu byłem po raz kolejny, jednak pierwszy raz całkowicie sam. Oczywiście wybrałem się tam na kilka dni, aby zaznać spokoju i odpoczynku, po prostu jak to się mówi, pojechałem se do ciotki na wakacje. Wróciłem w środę, a jeszcze liczyłem że w tym roku pójdę se nad jeziorko, poopalam się a tu brutalne zderzenie z rzeczywistością i pogoda wczesnojesienna...
Malownicza okolica w której byłem u cioci, przypominała mi w pewnym sensie Szamocin. Peryferia Poznania, Głuszyna, miła okolica, las miałem dosłownie pod nosem, bo kilkadziesiąt metrów i tam byłem. Blisko rzeczka, dolina, taka mała ale zawsze. Czułem tam spokój i naprawdę miło się tam spaceruje. Kilka zdjęć:




                                         


Trochę pochodziłem i pojeździłem po Poznaniu w poniedziałek oraz wtorek. Poniedziałek to głównie centra handlowe, najwięcej czasu spędziłem na Malcie. We wtorek wybrałem się na Stare Miasto oraz Stary Browar. Na Kupcu Poznańskim spotkałem się pewną miłą koleżanką, z którą spędziłem trochę czasu. Na Deptaku na Półwiejskiej spotkał mnie spam niemiłosierny, ulotek dostałem tyle, że trudno zliczyć. Na Rynku zjadłem parę polskich jabłek. Ogólnie podsumowując całe kilka dni spędziłem dobrze, nie żałuję jak sobie zarządzałem czasem, przy okazji ogarnąłem trochę komunikację miejską w Poznaniu, a dobrze, bo za 2 lata (zakładając że zdam maturę i się dostanę na studia) poruszanie się po mieście to będzie codzienność...










czwartek, 7 sierpnia 2014

I’ve said it a thousand fucking times...

Nareszcie zakończyło się rwanie wiśni... 11 dni, niby niedużo, ale męczy. Nerwy też trochę dostały, ale od jutra kilkudniowy odpoczynek poza miastem. Odpoczynek od fejsa i tych innych rzeczy także. Biorę mnóstwo książek, zeszyt i długopis, żeby tworzyć, wyciszyć się, pisać...
Ostatnio mam nerwową kaszankę, dosłownie... Co chwilę myślę inaczej, dostaję kurwicy o byle co... z resztą, jak o jednej rzeczy myślę na 2123 sposoby...

https://www.youtube.com/watch?v=E_Vez_aKIyI

sobota, 2 sierpnia 2014

Dzisiaj wieczór krótki...

Dziń dybry.
Dobry wieczór w sumie.

Powoli dzień się kończy. Nie śpię od 4:30 i delikatnie mi odwala i już przysypiam. Jutro w końcu wolne, jakby to ująć. Od tych wiśni już jestem zmęczony, dobity delikatnie. No ale cóż, praca to praca. Jeszcze ostatnie dni i potem na spokojnie już dalej odpoczywać, cały miesiąc w końcu został. Mam wrażenie na półmetku wakacji, że są trochę monotonne...
Rowerem póki co dalej się nie ruszę, bo jest uszkodzony z powodu jednego kierowcy debila, dzięki któremu straciłem równowagę i przez 250m walczyłem o to żeby się nie wykurwić, leżałem na ramie i jechałem 30km/h, świetnie i zajebiście, bo kierowca wyjechał niezgodnie z prawem. Jebać to, nic się w sumie nie stało, rower się naprawi.
Mam takie wrażenie... że... A, właśnie:
Jedzmy polskie jabłka, jakoś trzeba Ruska wkurwić! 

środa, 30 lipca 2014

Czuję niemoc.

Dzień ten piękny... kolejny ze sporego grona, w którym jest ponad 30 stopni i nie da się żyć, tym bardziej rwać, szczególnie na sadzie narzekam na pogodę. Niby do 9,10 jest chłodno i umiarkowanie, ale potem nie ma zmiłuj. Piąty dzień tej ciężkiej (jak dla mnie) roboty i powoli wysiadam. 7-9 godzin codziennie rwania, to wykańcza. Szczególnie plecy już mam dobite od łażenia po drabinie. Ale, kasa piechotą nie chodzi i czas upłynie, bo też zawsze się z kimś pogada. Powoli popadam w rutynę, wstawanie o 4:30 to norma, a że wiśnie mi się po nocach śnią to też norma...A za godzinę bądź dwie znowu iść spać i znowu następny dzień nawalać i nawalać...

Aktualne plany moje zakładają, iż po wiśniach trochę będę tu odpoczywał (Szamocin) a za jakieś 1,5 tygodnia, może 2 pojadę do Poznania zaznać świętego spokoju. No i zostało mi 300km do zrobienia na rowerze, z 800 planowanych. Ten tydzień przepada jasna rzecz, bo jestem zmęczony i nie chcę się dobijać skoro następny dzień rwanie. Po Poznaniu zaczynam na serio biegać, teraz przez te wiśnie nie daję rady. Od października 25 tygodni treningu do półmaratonu...

MOTHER NATURE, SAVE ME!


czwartek, 24 lipca 2014

Mocno w ch*j.

Czwartek zaczął się jak każdy dzień tego tygodnia - niewyspany, obolały, bez motywacji, z uczuciem braku sił i monotonnym, pesymistycznym podejściem do wszystkiego. Dzisiaj nawet pogoda była szara, ponura i do dupy. Tymczasem jak się okazało, pogoda była moim sojusznikiem. Szczególnie podczas 2 godzinnej przejażdżki rowerem (Szamocin - Margonin - Budzyń - Chodzież - Szamocin). Potem jeszcze orlik i 6km biegu na dobicie. Jutro wstaję o 5 na wiśnie. Jestem zajebany konkretnie. Czekam na połowę sierpnia i odpoczynek w Poznaniu...

poniedziałek, 21 lipca 2014

Coraz bliżej, coraz dalej, aż po nieskończoność!

59,2km/h rowerem robi wrażenie, co nie? Wieczorną 20 kilometrową przejażdżką do Białośliwia i z powrotem zakończyłem ten kolejny dzień, w którym mocny wysiłek dał o sobie znać. Powoli mnie to przestaje męczyć, przyzwyczajam się. 59,2... pół kilometra na godzinę bliżej celu, jeszcze 0,8 do osiągnięcia tego celu, który na mnie robi niesamowite wrażenie... jechać 60km/h. Trzeba przekraczać granice, coraz bliżej jej osiągnięcia...

Powoli przywykam do różnych dziwnych i nieprzyjemnych rzeczy, nic nie robi już na mnie chyba wrażenia. Jestem coraz dalej od emocjonalnego przyjmowania wszystkiego, jest coś ch*jowego, coś znowu mnie zasmuciło lub zdenerwowało, a niech sobie ku*wa będzie, coś jest, pojawia się i znika, taka oto filozofia...


Shíl mé faoi tú leanúnach
Maidir míle ciliméadar ó dheas,
Míle ó thuaidh
Bheith i bhfad ar shiúl
Go dtí an Deireadh an Domhain
I mo thuairimse i gcónaí faoi tú

niedziela, 20 lipca 2014

Podążam do Ciebie, Inis Mona!

Zrobiło się naprawdę gorąco. Nie będę narzekał, taka pogoda to dla mnie raj na Ziemi. Korzystam z tych dni w pełni, między innymi przebywając nad jeziorem w Margoninie, opalając się i dokładając do tego inne najrozmaitsze formy opierdalingu. Dowód tego znajdziecie na moim facebooku: https://www.facebook.com/janek.hordych  Od wtorku bądź środy będzie się przeplatał z 8 godzinami pracy w sadzie. Odpoczywam póki można.Ten tydzień był kiepski pod względem jazdy na rowerze. Nieco ponad 85km przejechanych. Jednak 800km w ciągu tych wakacji jest spokojnie możliwe. Mniej czasu poświęcam na jazdę rowerem, a więcej na bieganie a i jak wspomniałem także będą wiśnie. Powinienem dać radę, chociaż tydzień "w dupę" pójdzie z powodu tego, iż być może pojadę do Poznania odpocząć od wszystkiego. Co do rowera ambicje są realne i można powiedzieć, że jestem ciut maniakiem, jeśli chodzi o jazdę rowerem. I tu w przeciwieństwie do biegania nie mam słomianego zapału. Jak chyba już wspomniałem wcześniej zaczynam znów trenować. Liczę sam dla siebie, że dam radę osiągnąć ostateczny cel. 

wtorek, 15 lipca 2014

Ambitne plany

Dzisiaj naprawdę umieram. Psychicznie odpoczywam, ale fizycznie czuję jakbym miał za chwilę umrzeć. Całkiem inaczej niż wczoraj, kiedy miałem ochotę wszystko rozwalić, nerwy mnie rozchwytywały i już myślałem że dostanę pierdolca.
6km biegania, pływanie nad jeziorem, 15km rowerem i nożna, to dzisiaj tak. Gorąco trochę. Nie chwalę się, po prostu podsumowuję dzisiejsze zmęczenie. Właśnie, nad jeziorem pewien osobnik chciał abym w poście wspomniał o nim, więc tak, dzisiaj byli my na plaży! :D
Mam pewien ambitny plan, znów biegać i... cel półmaraton. Mam nadzieję że do początku kwietnia dam radę, 21km jest w zasięgu, wystarczy odpowiedni trening.

Dość cenna dewiza i motto: Żeby czuć się jak nowo narodzony, musisz najpierw poczuć jakbyś umierał

niedziela, 13 lipca 2014

Obstawiam 3:1 dla Niemców i chujowiznę w swoim życiu.

Niedziela była niemal jak sobota, kolejny nudny i wykańczający dzień, z jednym wyjątkiem: Dzisiaj dużo się nie zmęczyłem.
Od jutra planuję znów biegać, mam nadzieję że słomiany zapał nie będzie słomianym i wytrzymam co najmniej do kwietnia, mam ambitny plan przebiec półmaraton (21,092km) w Poznaniu. Najpierw muszę odbudować swoją kondycję, zacząć od prostych i lekkich biegów i stopniowo co kolejny kilometr do celu. Wydaje się niektórym że od jazdy rowerem także i ten "skill" rośnie. Chciałbym, ale niestety tak to działa. Po prostu mam mocniejsze nogi, przedramiona i plecy, psychicznie zniosę więcej biegu/jazdy i podczas wysiłku nie potrzebuję dość długo jeść i pić. A kondycja to osobna bajka i do biegania to dużo nie daje. Trzeba naprawdę mieć pecha i być "hardkorowcem" żeby na rowerze dostać kolki.
Pod względem psychicznym, samopoczucia jest także średnio. Jest gorzej, ale tragedii nie ma. Jakby to ująć... coś się pojawia i znika, a jeśli to tylko chwilowe, to nie ma co się tym przejmować. Poszło w pizdu jak obłok pary wodnej z czajnika.


Góra, dół, góra, dół.

Kilka dni temu narzekałem na to że są burze i upały. Jednak porównując to do wczorajszej i wczesno-dzisiejszej pogody tamta była świetna. Lepsze 32 stopnie niż 22, w skrócie rzecz ujmując. Oczywiście wczoraj pogoda aż taka fatalna nie była. Sprawdziła się w sam raz na rower... Do bicia rekordów. Zaszpanuję, pobiłem wczoraj 2 rekordy:
- 114,5km na moim rowerze przejechane w jeden dzień
- 58,7km/h, oczywiście z górki, (między Brzostowem a Miasteczkiem Krajeńskim). Da się więcej, jechałem tamtędy 1 raz od 2 lat, więc i nie miałem pewności czy się nie zabiję. Bezpieczeństwo nawet przy szaleństwie to podstawa. Na prostej nie wyciągam więcej niż 45km/h
Pogoda była o tyle świetna, że nie było mocnego wiatru, jedynie druga trasa była mordercza z powodu mnóstwa stromych górek. (Szamocin - Białośliwie - Miasteczko - Kaczory - Milcz - Chodzież - Szamocin). Pod wieczór było całkiem przyjemnie. w nieco ponad 2,5h (z przerwami) przejechałem 70km, co jest dobrym wyczynem. Dopiero połowa roku, jak się chłodniej zrobi będzie czas na lepsze wyzwania. 130km w 1 dzień w zasięgu nóg, tak samo jak i 60, może 65km/h. Miesiąc temu nie spodziewałbym się, że przekroczę 50km/h, teraz robię to z palcem w dupie.
Wieczorem kolejny post, ostrzegam...

czwartek, 10 lipca 2014

Kończąc dzieło nieskończone

Wczoraj sen miał mnie w potrzasku, a zmęczenie chwyciło mnie w swoje ramiona i wczorajszy ambitny pomysł poszedł spać razem ze mną. A więc, kontynuując dzieło nieskończone...Jestem zaskoczony dzisiejszą pogodą... bo nie było burzy. Pozytywne zaskoczenie, tylko co mi po tym, jak się kiepsko czuję i nie dałem rady nawet wyjść z kumplami w nogę pograć. Teraz tylko leżę spokojnie, licząc, że moja kostka się zregeneruje do jutra, a "czucie się" będzie lepsze.
Wczoraj uśmiałem się z ludzkiego nieszczęścia, bo sytuacja jednocześnie niezbyt miła dla wielu ludzi była w gruncie rzeczy śmieszna i ironiczna. Mianowicie, jadąc wczoraj PKP z Piły do Chodzieży (relacja Kołobrzeg - Poznań), konduktor oznajmił nam że z Chodzieży do Poznania jest przesiadka na autobusy. I co w tym śmiesznego i ironicznego? Autobusy były podobno rozstawione już i przygotowane (pomijając 15 minutowe opóźnienie), a przyjechały po ponad pół godziny... Przynajmniej InterMarche zarobiło, bo trochę ludzi tam szło, czekając na środek transportu, w upale i duchocie wczorajszego dnia.
Byłem wczoraj w Białośliwiu się przejechać. I było miło, przyjemnie, zrelaksowałem się. Było tak fajnie, aż do momentu gdy na Szamocinie ujrzałem wielkie burzowe chmury. Zbliżała się 19 i myślałem że po drodze spotka mnie nawałnica, było ciemno i liczyłem że zmoknę w chwilę. Matka Natura po prostu zrobiła sobie ze mnie jaja. W 9 minut jechałem z Białośliwia i Szamocina, żeby uniknąć ulewy... której wcale nie było.


środa, 9 lipca 2014

,,Chodź na plażę, mówili. Będzie słońce, mówili"

Ostatnie dni mijają pod znakiem jednej rzeczy, która dokucza niemiłosiernie - pogoda. Raz jest gorąco jak cholera, a za chwilę jest nawałnica, która niesie chwilową dezorientację i minimalne zniszczenia. W końcu jednak to jest lato, więc upał, skwar i burze to nic dziwnego i trzeba się przyzwyczaić, bo to jak śnieg zimą - nieodłączny element, musi być. Wczoraj, jak wielu innych dostałem świetny pokaz różnych oblicz lata i bezlitosnej siły natury.
Dobra, bym się rozpisał, ale od 4 nie śpię, muszę iść spać. Warto czekać na jutrzejszy post.

Pozdrawiam,
Wasz niedospany Janek...

sobota, 28 czerwca 2014

Zajebisty początek wakacji


  

Nareszcie wczoraj zakończył się rok szkolny. W końcu zaczynają się wakacje, całe 2 miesiące słońca, upałów, burz, wypoczynku oraz "ambitnych" planów. Mam tu na myśli czereśnie, wiśnie, filmy, książki, pisanie, mnóstwo jazdy rowerem. A propos tej jazdy... dziś zaliczyłem dobry trip:Wzięło mnie tak spontanicznie. Nudziło mi się, a ile przy laptopie można siedzieć, więc wybrałem się na przejażdżkę. Pogoda sprzyjała, wiatr był lekki, ciepło w sam raz, ogólnie rzecz mówiąc idealne warunki atmosferyczne. Podróż zacząłem od Białośliwa. Bardzo przyjemnie się jechało, w końcu to był początek trasy, a tym bardziej Dolina Noteci o tej porze roku wygląda bosko: ptaki śpiewają, po łąkach chodzą bociany i żurawie, różne inne latają, inaczej mówiąc natura w rozkwicie, a jadąc czułem wiatr we włosach i ulgę. Białośliwie, jak to Białośliwie, podjechałem pod tę cholerną górkę, a potem już bez problemu. Następnie dojechałem do krajowej 10. Od mojego domu, do tego miejsca jest ok. 15 km. Wjechałem na tę drogę ekspresową i zaczął się ruch. Oczywista oczywistość, że dużo samochodów tam jeździ, więc nie zszokowało mnie to, że co chwila coś mnie wyprzedzało. Miałem lekkie poczucie grozy, bo się bałem, że mnie coś rozjedzie. Trochę niebezpiecznie było, ale spokojnie dojechałem do Wyrzyska. Ten etap (wjazd na DK 10 - Wyrzysk) miał/ma 11km. W Wyrzysku rowerem byłem pierwszy raz. Byłem tam przejazdem, więc dużo o tym mieście nie powiem, ale ogólnie to całkiem się przyjemnie przez nie jedzie i ładne jest. Udałem się do Osieka. Droga do tej wsi pozostawia wiele do życzenia, wygląda jakby spadł na nią deszcz meteorytów. W Osieku byłem któryś raz, więc się nie rozpiszę jakie wrażenia. Udałem się do Białośliwia gdy wtem w Komorowie, jakieś kilka kilometrów od Osieka zastała mnie burza. W Komorowie albo Krostkowie, blisko to prawie jedno obok drugiego. Nie czekając i nie chcąc w nią całkiem wjechać (szła na wschód równolegle do rzeki, a właściwie doliny) cofnąłem się do Osieka i ruszyłem przez Żuławkę i Noteć do Lipy. Od Wyrzyska, przez Osiek i Komorowo do Lipy to jakieś 24km. Ten fragment wyprawy najbardziej miły nie był, bo głównie uciekałem przed burzą, to też się zmęczyłem. W Lipie złapał mnie deszcz i pragnienie. Chwila odpoczynku i na spokojnie pojechałem do domu. 12km to już była kwestia chwili, bo i tak byłem zmęczony, więc się nawet nie przejąłem. Tu drogi nie ma co opisywać, bo dziesiątki razy się nią jechało. Podsumowując ten spontaniczny trip: 63km przyjemnej i ekscytującej jazdy. Było zajebiście, wrażenia były, dreszczyk emocji też, widziałem od groma bocianów, kilka piorunów, ściany deszczu. Zrobiłbym zdjęcia, ale na moim megasuperzajebistym iphonie nokia 5200 to piksele widać.
Przez pewien moment miałem podobny widok

czwartek, 29 maja 2014

Meta się zbliża.

Siema! Co tam słychać?
Maj już powoli na mecie, podczas gdy teraz jest początek walki o oceny i koniec roku szkolnego rzecz ogólnie ujmując. Oczywiście uczyć się nie chce, ale jak trzeba to trzeba. W 2 klasie zostanie mi tylko 7,8 przedmiotów, z resztą trzeba działać i poosiągać dobre rezultaty końcowe. Oczywiście, staram się jak mogę tylko, jednak moje chęci są ograniczone przez brak działań. W ostatecznym rozrachunku ten mijający miesiąc oceniam pozytywnie, ledwo co ponad medianę, ale jednak. W końcu przyszły upały, było trochę wolnego  przez/dzięki maturom, więc do czerwca podchodzę z pogodnym nastawieniem. Ostatni miesiąc w I LO i początek wakacji.

Miesiąc jako całość był dobry, ale 29 dzień nie był najlepszy. Były pozytywne chwile, jak np. dzień sportu, czy Kabarety w MDK-u lub przyjemna przejażdżka rowerem. W tym tygodniu już ponad 120km przejechane, ale czym tu się martwić, trzeba dalej jeździć. Kilometr za kilometrem w stronę doskonałości i krok dalej.
Oprócz pozytywnych chwil były także te gorsze... Przez chwilę myślałem że jestem naprawdę podłym człowiekiem, jednak trochę pogadałem, trochę kontemplowałem i doszedłem do wniosku, że nie jestem głównym czynnikiem zła. Rozpocząłem mały punkt zapalny, zostawiłem go w spokoju, bo gasł, ale ktoś niepotrzebnie go rozniecił... W dodatku, przez osobę/osoby (nie wnikam głębiej), które uważają się za mądrzejsze, ważniejsze i w ogóle, ale tu nie będę dalej wnikał, ponieważ nie o to chodzi. O co więc chodzi? O to, że można być głupim, ale także, że ktoś to może rozprzestrzenić. Głupota nie popłaca.

Nie jestem doświadczonym blogerem, nie jestem znanym, robię to sam dla siebie, bo lubię pisać. Lubię to robić, jest to dla mnie miłe, przyjemne i nie jest niczym więcej, żadnym powodem do chwalenia. Po prostu robię to, bo lubię, chociaż niekoniecznie często...

Ale wszystko trzeba odpowiednio dawkować.


środa, 16 kwietnia 2014

Niech powstaną zmarłe myśli.

Nawet nie pamiętam kiedy ostatnio napisałem coś tutaj, z miesiąc może minął, nawet nie mam pojęcia. Tak samo nie mam pojęcia, po co właściwie wczoraj zrobiłem pewną czynność, ale w to nie będę wnikał. Nawet nie mam pojęcia, czemu teraz tu piszę. Jestem solidnie zmęczony, znowu mi się plącze tysiąc myśli, które gdzieś po prostu zaginęły, były martwe, a jakimś cudem powstały. Po prostu jest mi lepiej jak napiszę coś konkretnego, a niezbyt długiego, ale wymownego, niż mam pisać jakieś długie zbędne pierdoły, które każdy pominie, albo ich nie przeczyta. Znowu, żałuję paru błędnych i zbędnych decyzji z tego tygodnia, z paru się cieszę, co wnosi do mojego życia, tyle co g*wno.

Pozdrawiam,
Janek.



środa, 19 marca 2014

Szukać perfekcji.

Nie będzie to żaden ciekawy post z poczuciem humoru, zabawnymi skojarzeniami i myślami. Lubię takie posty i myśli pisać, ale... nie dziś, jakby to ująć.

Ostatnio popełniłem parę błędów, dzięki którym zasługuję na miano "idioty", ale w lekkim stopniu. Błędy to błędy, ale zawsze jednak...

Zdecydowanie, czasem robię coś, co jest naprawdę głupie i nieodpowiedzialne i dopiero potem myślę... Najpierw robię a potem myślę, całkiem głupie i niezbyt logiczne. Świadomość zawodzi, umysł zawodzi, ale jestem tylko człowiekiem, jak każdy, ale nie każdy daje taki popis głupoty od czasu do czasu jak ja.

Jak już wspomniałem o błądzeniu, to wynika ono z jednej istotnej rzeczy, szukania. Szukania różnych rzeczy, prawd, właściwych myśli i wskazówek w podejmowaniu odpowiednich decyzji, a że czasem się potknę, to nie jest dziwne, bo często są i plusy i minusy.

Dążenie do prawdy i absolutnej perfekcji... to jest to, rozwój intelektualny, rozwój samego siebie. Tego się pragnie, aby osiągnąć perfekcję i być dla samego siebie ideałem. To żadna prosta droga, ale także wielokrotne zbaczanie z trasy... To sprawia, że do perfekcji dąży się długo, a droga do niej jest skomplikowana. Jednak na górze czeka nagroda...

A propos podejmowania złych decyzji, porcja zabawnych gifów.

http://joemonster.org/art/26916/Ludzie_zawsze_zostana_tylko_ludzmi
http://joemonster.org/art/26931/Ludzie_zawsze_zostana_tylko_ludzmi_II

Bo każdy jest tylko człowiekiem, no nie?

To ja gorąco pozdrawiam w ten wietrzny i deszczowy dzień.


poniedziałek, 17 marca 2014

Irlandzka pogoda w Dzień Św. Patryka.

17 marca to taka magiczna data dla każdego, kto się interesuje i lubi/kocha Irlandię, bądź jest Irlandczykiem. Rzecz jasna ja zaliczam się do tych pierwszych. Taka symboliczna data, dzień jak zwykły dzień, chociaż w tym roku w Polsce dopisała pogoda w sam raz do święta, panuje irlandzka pogoda, wieje, chłodno i leje. 5 minut drogi na przystanek i lała się ze mnie woda...

Dzisiaj właściwie to bez ambitnych rzeczy. Leżę przeziębiony, piję ciepłe napoje z nadzieją, że jutro będę zdrowy i normalnie myślał etc.  To jest to, człowiek potrzebuje racjonalnego myślenia do podejmowania racjonalnych decyzji, czego (przyznam) czasem mi niestety brakuje. W szkole to byłem lekko zmulony, z tego samego powodu, z którego teraz leżę w łóżku. No tak.

Shona La Fheile Padraig! (hona la fejle padryg)


niedziela, 16 marca 2014

Ach, te 2 miesiące...

Cześć. Co tam?

Całe 2 miesiące bezczynności na tym blogu uczyniły go nudnym i stojącym w miejscu. Zresztą regularnie pisząc to lepiej nie jest. Po długim czasie postanowiłem zajrzeć na ten zaniedbany zaułek gromadzenia mych fatalnie opisywanych myśli. Do końca tych myśli nie ogarniam, każda ma swój kierunek i biegnie zwariowanym torem. Trudno te myśli mi przelać na papier, ciężko mi ostatnio chwycić długopis, bo nie chcę zostawiać pustej kartki, zawsze się przyda do kartkówki czy drobnych notatek. Nawet wyszedłem z wprawy, nie wiem czy następny wiersz będzie normalnie "wyglądał". Trudno mi uwierzyć, że chwytając długopis i pustą kartkę nie potrafię na niej nic zapisać. Kurde, no bywa.

Ostatni tydzień minął pod znakiem robienia prezentacji, dokładnie 3. Kilka dni siedzenia do późna trochę mnie osłabiło, wszystkie myśli skupiłem na tej pracy i nauce. Pomimo tego, że z wszystkich przedmiotów mam progres, to mam regres w swoim charakterze i zachowaniu...

Zaczynam czytać E. Hemingwaya, dokładniej ,,Komu bije dzwon", wciąga znacznie bardziej niż ,,Dżuma", której nikomu jako lektury nie życzę. Jednakże ,,Makbet" już za miesiąc, więc to także muszę "ogarnąć", ale znacznie większą ochotę mam na Hemingwaya, co nie powinno nikogo dziwić.

Jutro jadę odebrać okulary, od wtorku zaczynam straszyć na nowy sposób...






piątek, 17 stycznia 2014

,,W ten świat zostaliśmy rzuceni"

W ten świat zostaliśmy rzuceni
Jak pies bez kości
Aktor z długami


Potrzebne jest mi pewne wrażenie
Wrażenie absolutnej nieświadomości,
Bo uwierzcie, 
Człowiek świadomy to człowiek nieszczęśliwy
Jednak gubi mnie ta dociekliwość
Ta żądza wiedzy
Że chce się wszystko wiedzieć
Jak wspomniałem,
Absolutna świadomość to nic pięknego
Jak wszystko, pewna dawka nie szkodzi,
Ale za sporo daje zły efekt.

Jak jeźdźcy podczas burzy
Zostaję przy błędnych niepohamowaniach

I też kurwa mać
Mam ochotę wstać



piątek, 3 stycznia 2014

Shit! But I aint finished growing!

Szczęśliwego Nowego Roku 2014! Kolejne 365 dni do przeżycia lepiej lub gorzej. 365 dni marzeń o lepszym świecie. 365 dni kolejnych błędów, trosk, przeżyć, wspomnień, marnowania czasu oraz... zwykłej szarej rzeczywistości. Przez kolejne 365 dni będę ludziom truł dupę. Powodzenia dla nich i z góry przepraszam, tak mam po prostu i z moją całkiem zdrowo pier*olniętą naturą będziecie musieli się zmagać.

Jakże inaczej... Wena w sylwestra mnie nie opuszczała, ja nie opuszczałem łóżka zakatarzony i trochę wykończony całym tym przeziębieniem... Które oczywiście minęło i jest lepiej, jeśli chodzi o zdrowie. Bo o psychikę bym się musiał ładnie kłócić, ale specjalnie... Specjalnie nie będę nad tym się rozwarstwiał...