Dzień ten piękny... kolejny ze sporego grona, w którym jest ponad 30 stopni i nie da się żyć, tym bardziej rwać, szczególnie na sadzie narzekam na pogodę. Niby do 9,10 jest chłodno i umiarkowanie, ale potem nie ma zmiłuj. Piąty dzień tej ciężkiej (jak dla mnie) roboty i powoli wysiadam. 7-9 godzin codziennie rwania, to wykańcza. Szczególnie plecy już mam dobite od łażenia po drabinie. Ale, kasa piechotą nie chodzi i czas upłynie, bo też zawsze się z kimś pogada. Powoli popadam w rutynę, wstawanie o 4:30 to norma, a że wiśnie mi się po nocach śnią to też norma...A za godzinę bądź dwie znowu iść spać i znowu następny dzień nawalać i nawalać...
Aktualne plany moje zakładają, iż po wiśniach trochę będę tu odpoczywał (Szamocin) a za jakieś 1,5 tygodnia, może 2 pojadę do Poznania zaznać świętego spokoju. No i zostało mi 300km do zrobienia na rowerze, z 800 planowanych. Ten tydzień przepada jasna rzecz, bo jestem zmęczony i nie chcę się dobijać skoro następny dzień rwanie. Po Poznaniu zaczynam na serio biegać, teraz przez te wiśnie nie daję rady. Od października 25 tygodni treningu do półmaratonu...
MOTHER NATURE, SAVE ME!
Aktualne plany moje zakładają, iż po wiśniach trochę będę tu odpoczywał (Szamocin) a za jakieś 1,5 tygodnia, może 2 pojadę do Poznania zaznać świętego spokoju. No i zostało mi 300km do zrobienia na rowerze, z 800 planowanych. Ten tydzień przepada jasna rzecz, bo jestem zmęczony i nie chcę się dobijać skoro następny dzień rwanie. Po Poznaniu zaczynam na serio biegać, teraz przez te wiśnie nie daję rady. Od października 25 tygodni treningu do półmaratonu...
MOTHER NATURE, SAVE ME!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz