środa, 30 lipca 2014

Czuję niemoc.

Dzień ten piękny... kolejny ze sporego grona, w którym jest ponad 30 stopni i nie da się żyć, tym bardziej rwać, szczególnie na sadzie narzekam na pogodę. Niby do 9,10 jest chłodno i umiarkowanie, ale potem nie ma zmiłuj. Piąty dzień tej ciężkiej (jak dla mnie) roboty i powoli wysiadam. 7-9 godzin codziennie rwania, to wykańcza. Szczególnie plecy już mam dobite od łażenia po drabinie. Ale, kasa piechotą nie chodzi i czas upłynie, bo też zawsze się z kimś pogada. Powoli popadam w rutynę, wstawanie o 4:30 to norma, a że wiśnie mi się po nocach śnią to też norma...A za godzinę bądź dwie znowu iść spać i znowu następny dzień nawalać i nawalać...

Aktualne plany moje zakładają, iż po wiśniach trochę będę tu odpoczywał (Szamocin) a za jakieś 1,5 tygodnia, może 2 pojadę do Poznania zaznać świętego spokoju. No i zostało mi 300km do zrobienia na rowerze, z 800 planowanych. Ten tydzień przepada jasna rzecz, bo jestem zmęczony i nie chcę się dobijać skoro następny dzień rwanie. Po Poznaniu zaczynam na serio biegać, teraz przez te wiśnie nie daję rady. Od października 25 tygodni treningu do półmaratonu...

MOTHER NATURE, SAVE ME!


czwartek, 24 lipca 2014

Mocno w ch*j.

Czwartek zaczął się jak każdy dzień tego tygodnia - niewyspany, obolały, bez motywacji, z uczuciem braku sił i monotonnym, pesymistycznym podejściem do wszystkiego. Dzisiaj nawet pogoda była szara, ponura i do dupy. Tymczasem jak się okazało, pogoda była moim sojusznikiem. Szczególnie podczas 2 godzinnej przejażdżki rowerem (Szamocin - Margonin - Budzyń - Chodzież - Szamocin). Potem jeszcze orlik i 6km biegu na dobicie. Jutro wstaję o 5 na wiśnie. Jestem zajebany konkretnie. Czekam na połowę sierpnia i odpoczynek w Poznaniu...

poniedziałek, 21 lipca 2014

Coraz bliżej, coraz dalej, aż po nieskończoność!

59,2km/h rowerem robi wrażenie, co nie? Wieczorną 20 kilometrową przejażdżką do Białośliwia i z powrotem zakończyłem ten kolejny dzień, w którym mocny wysiłek dał o sobie znać. Powoli mnie to przestaje męczyć, przyzwyczajam się. 59,2... pół kilometra na godzinę bliżej celu, jeszcze 0,8 do osiągnięcia tego celu, który na mnie robi niesamowite wrażenie... jechać 60km/h. Trzeba przekraczać granice, coraz bliżej jej osiągnięcia...

Powoli przywykam do różnych dziwnych i nieprzyjemnych rzeczy, nic nie robi już na mnie chyba wrażenia. Jestem coraz dalej od emocjonalnego przyjmowania wszystkiego, jest coś ch*jowego, coś znowu mnie zasmuciło lub zdenerwowało, a niech sobie ku*wa będzie, coś jest, pojawia się i znika, taka oto filozofia...


Shíl mé faoi tú leanúnach
Maidir míle ciliméadar ó dheas,
Míle ó thuaidh
Bheith i bhfad ar shiúl
Go dtí an Deireadh an Domhain
I mo thuairimse i gcónaí faoi tú

niedziela, 20 lipca 2014

Podążam do Ciebie, Inis Mona!

Zrobiło się naprawdę gorąco. Nie będę narzekał, taka pogoda to dla mnie raj na Ziemi. Korzystam z tych dni w pełni, między innymi przebywając nad jeziorem w Margoninie, opalając się i dokładając do tego inne najrozmaitsze formy opierdalingu. Dowód tego znajdziecie na moim facebooku: https://www.facebook.com/janek.hordych  Od wtorku bądź środy będzie się przeplatał z 8 godzinami pracy w sadzie. Odpoczywam póki można.Ten tydzień był kiepski pod względem jazdy na rowerze. Nieco ponad 85km przejechanych. Jednak 800km w ciągu tych wakacji jest spokojnie możliwe. Mniej czasu poświęcam na jazdę rowerem, a więcej na bieganie a i jak wspomniałem także będą wiśnie. Powinienem dać radę, chociaż tydzień "w dupę" pójdzie z powodu tego, iż być może pojadę do Poznania odpocząć od wszystkiego. Co do rowera ambicje są realne i można powiedzieć, że jestem ciut maniakiem, jeśli chodzi o jazdę rowerem. I tu w przeciwieństwie do biegania nie mam słomianego zapału. Jak chyba już wspomniałem wcześniej zaczynam znów trenować. Liczę sam dla siebie, że dam radę osiągnąć ostateczny cel. 

wtorek, 15 lipca 2014

Ambitne plany

Dzisiaj naprawdę umieram. Psychicznie odpoczywam, ale fizycznie czuję jakbym miał za chwilę umrzeć. Całkiem inaczej niż wczoraj, kiedy miałem ochotę wszystko rozwalić, nerwy mnie rozchwytywały i już myślałem że dostanę pierdolca.
6km biegania, pływanie nad jeziorem, 15km rowerem i nożna, to dzisiaj tak. Gorąco trochę. Nie chwalę się, po prostu podsumowuję dzisiejsze zmęczenie. Właśnie, nad jeziorem pewien osobnik chciał abym w poście wspomniał o nim, więc tak, dzisiaj byli my na plaży! :D
Mam pewien ambitny plan, znów biegać i... cel półmaraton. Mam nadzieję że do początku kwietnia dam radę, 21km jest w zasięgu, wystarczy odpowiedni trening.

Dość cenna dewiza i motto: Żeby czuć się jak nowo narodzony, musisz najpierw poczuć jakbyś umierał

niedziela, 13 lipca 2014

Obstawiam 3:1 dla Niemców i chujowiznę w swoim życiu.

Niedziela była niemal jak sobota, kolejny nudny i wykańczający dzień, z jednym wyjątkiem: Dzisiaj dużo się nie zmęczyłem.
Od jutra planuję znów biegać, mam nadzieję że słomiany zapał nie będzie słomianym i wytrzymam co najmniej do kwietnia, mam ambitny plan przebiec półmaraton (21,092km) w Poznaniu. Najpierw muszę odbudować swoją kondycję, zacząć od prostych i lekkich biegów i stopniowo co kolejny kilometr do celu. Wydaje się niektórym że od jazdy rowerem także i ten "skill" rośnie. Chciałbym, ale niestety tak to działa. Po prostu mam mocniejsze nogi, przedramiona i plecy, psychicznie zniosę więcej biegu/jazdy i podczas wysiłku nie potrzebuję dość długo jeść i pić. A kondycja to osobna bajka i do biegania to dużo nie daje. Trzeba naprawdę mieć pecha i być "hardkorowcem" żeby na rowerze dostać kolki.
Pod względem psychicznym, samopoczucia jest także średnio. Jest gorzej, ale tragedii nie ma. Jakby to ująć... coś się pojawia i znika, a jeśli to tylko chwilowe, to nie ma co się tym przejmować. Poszło w pizdu jak obłok pary wodnej z czajnika.


Góra, dół, góra, dół.

Kilka dni temu narzekałem na to że są burze i upały. Jednak porównując to do wczorajszej i wczesno-dzisiejszej pogody tamta była świetna. Lepsze 32 stopnie niż 22, w skrócie rzecz ujmując. Oczywiście wczoraj pogoda aż taka fatalna nie była. Sprawdziła się w sam raz na rower... Do bicia rekordów. Zaszpanuję, pobiłem wczoraj 2 rekordy:
- 114,5km na moim rowerze przejechane w jeden dzień
- 58,7km/h, oczywiście z górki, (między Brzostowem a Miasteczkiem Krajeńskim). Da się więcej, jechałem tamtędy 1 raz od 2 lat, więc i nie miałem pewności czy się nie zabiję. Bezpieczeństwo nawet przy szaleństwie to podstawa. Na prostej nie wyciągam więcej niż 45km/h
Pogoda była o tyle świetna, że nie było mocnego wiatru, jedynie druga trasa była mordercza z powodu mnóstwa stromych górek. (Szamocin - Białośliwie - Miasteczko - Kaczory - Milcz - Chodzież - Szamocin). Pod wieczór było całkiem przyjemnie. w nieco ponad 2,5h (z przerwami) przejechałem 70km, co jest dobrym wyczynem. Dopiero połowa roku, jak się chłodniej zrobi będzie czas na lepsze wyzwania. 130km w 1 dzień w zasięgu nóg, tak samo jak i 60, może 65km/h. Miesiąc temu nie spodziewałbym się, że przekroczę 50km/h, teraz robię to z palcem w dupie.
Wieczorem kolejny post, ostrzegam...

czwartek, 10 lipca 2014

Kończąc dzieło nieskończone

Wczoraj sen miał mnie w potrzasku, a zmęczenie chwyciło mnie w swoje ramiona i wczorajszy ambitny pomysł poszedł spać razem ze mną. A więc, kontynuując dzieło nieskończone...Jestem zaskoczony dzisiejszą pogodą... bo nie było burzy. Pozytywne zaskoczenie, tylko co mi po tym, jak się kiepsko czuję i nie dałem rady nawet wyjść z kumplami w nogę pograć. Teraz tylko leżę spokojnie, licząc, że moja kostka się zregeneruje do jutra, a "czucie się" będzie lepsze.
Wczoraj uśmiałem się z ludzkiego nieszczęścia, bo sytuacja jednocześnie niezbyt miła dla wielu ludzi była w gruncie rzeczy śmieszna i ironiczna. Mianowicie, jadąc wczoraj PKP z Piły do Chodzieży (relacja Kołobrzeg - Poznań), konduktor oznajmił nam że z Chodzieży do Poznania jest przesiadka na autobusy. I co w tym śmiesznego i ironicznego? Autobusy były podobno rozstawione już i przygotowane (pomijając 15 minutowe opóźnienie), a przyjechały po ponad pół godziny... Przynajmniej InterMarche zarobiło, bo trochę ludzi tam szło, czekając na środek transportu, w upale i duchocie wczorajszego dnia.
Byłem wczoraj w Białośliwiu się przejechać. I było miło, przyjemnie, zrelaksowałem się. Było tak fajnie, aż do momentu gdy na Szamocinie ujrzałem wielkie burzowe chmury. Zbliżała się 19 i myślałem że po drodze spotka mnie nawałnica, było ciemno i liczyłem że zmoknę w chwilę. Matka Natura po prostu zrobiła sobie ze mnie jaja. W 9 minut jechałem z Białośliwia i Szamocina, żeby uniknąć ulewy... której wcale nie było.


środa, 9 lipca 2014

,,Chodź na plażę, mówili. Będzie słońce, mówili"

Ostatnie dni mijają pod znakiem jednej rzeczy, która dokucza niemiłosiernie - pogoda. Raz jest gorąco jak cholera, a za chwilę jest nawałnica, która niesie chwilową dezorientację i minimalne zniszczenia. W końcu jednak to jest lato, więc upał, skwar i burze to nic dziwnego i trzeba się przyzwyczaić, bo to jak śnieg zimą - nieodłączny element, musi być. Wczoraj, jak wielu innych dostałem świetny pokaz różnych oblicz lata i bezlitosnej siły natury.
Dobra, bym się rozpisał, ale od 4 nie śpię, muszę iść spać. Warto czekać na jutrzejszy post.

Pozdrawiam,
Wasz niedospany Janek...