niedziela, 29 września 2013

,, Jestem za, a nawet przeciw"

Zaczynam dziś od cytatu dzisiejszego Jubilata - Lecha Wałęsy. Znane to powiedzenie, znane na pewno.
Rzecz jasna, trochę dziwne, typowy oksymoron. Nie wiem, co miał na myśli były prezydent, ale te słowa mają ukryty sens, ktokolwiek by je powiedział. Otóż, można coś tak bardzo uwielbiać, tak bardzo mocno że potem tego się już wcale nie chce. Np. przejeść się czymś, rzucić dziewczynę bo nie chce się jej krzywdy.

Więc, praktycznie 2 dni spędziłem w Poznaniu. PKP nie było łaskawe ani wczoraj, ani dziś. Wczoraj jedyne 50 minut opóźnienia (odjechał o 8:38 zamiast o 8:06) i prawie 20 minut stania w Budzyniu (czekanie na przejazd innego, cyrk z rozkładem). Dzisiaj jedyne 20 minut opóźnienia (powód mi bliżej nieznany). Z powodu meczu Lech - Widzew, Starołęka była zawalona kibicami, którzy przyjechali koleją z Łodzi i policją (skromne 11 wozów do eskorty). Wobec czego kuzyn musiał zrobić ładny objazd do Dworca. Przynajmniej Główny był praktycznie pusty od kibiców (zdarzyło się paru pijanych, śpiewających przepiękne ody), ale pociągi nie zachwycają swoją punktualnością. Na szczęście jadąc wczoraj, był miły konduktor. Gdy pewna pani kupowała bilet, ten spytał: ,,Od jakiej stacji pani się męczy?".
Jutro zaczynam optymistycznie 2 niemieckimi.


piątek, 27 września 2013

,,Wszystko sprowadza się do dostosowania własnych horyzontów"


 Czytał może ktoś ,,Wielki marsz"?
Jeżeli tak, to może skojarzyć ten cytat. Jego autorem jest niejaki Peter McVries. Rzecz jasna, książka jest dziełem Stephena Kinga. Wykreował on genialną moim zdaniem postać. Jest to postać drugoplanowa, jednak wybijająca się z pozostałych.

O co więc chodzi z tym cytatem?
A więc. Chodzi o cele. Każdy z nas sobie je stawia. Są one różne. Możemy mieć jeden cel przez długi okres i często się zmienia nasze widzenie na niego. Coś nam pomoże, coś nam przeszkodzi i zmieniamy sobie horyzont, widzimy to z innej perspektywy. W zależności od tego, jak i gdzie sobie ustawimy horyzont, tak będzie przebiegała nasza droga do celu. Wszystko sprowadza się właśnie do tego, do dostosowania własnych horyzontów. Od tego zależy osiągnięcie celu oraz motywacja.


niedziela, 22 września 2013

500 years like gelignite have blown us all to hell.

500 lat jak nitrogliceryna
Wysadziło nas wszystkich w cholerę.

Motyw przewodni?
Okazuje się, że tak.

Generalnie moim zdaniem chodzi w tym o to, że całe 500 lat, naszpikowane mocno wojnami, gwałtownie zmieniło obraz świata. Na złe, na gorsze, na nijako. W całym tym okresie gdzieś była bomba zegarowa, w wielu miejscach czasem. Nas, wiadomo, wielu ucierpiało, dla wszystkich nadchodziły gwałtowne zmiany technologiczne.

Człowiek często sobie nie zdaje sprawy, że mimo względnego spokoju czasem coś raz, a porządnie jebnie i sobie trzeba ustalać nowy porządek życia. No, ot tak, nagle coś się stanie, ktoś niewłaściwy się wpierdoli w algorytm, parę niewłaściwych decyzji i wszystko je*nie, a potem trzeba wszystko na nowo.

Pasterz zwiódł swoje stado na manowce
Ku uzbrojonym fanatykom

Co do tego. Miał świat takich ludzi jak Stalin, Hitler, Mussolini, Pol Pot, Kim Ir Sen i organizacje takie jak Al-Kaida, Hamas czy Bractwo Muzułmańskie. Wszystko to i wszyscy ci ludzie mieli i mają (np. Al-Kaida) ciekawe pomysły na zrewolucjonizowanie świata oraz głośne "wybryki" (delikatnie rzecz ujmując). Nie jestem wierzący, ale widocznie ten, w którego wy wierzycie was po prostu wystawia na ładne próby i chory świat. Bez obrazy, no ale widocznie tak jest. Mnie nie ma kto wystawiać, po prostu moje postępowanie weryfikuje natura i prawa nauki. Np. jak mi się zachce po alkoholu skoczyć z mostu to grawitacja zrobi swoje. Natura ma to do siebie, że lubi pomagać. (wodór + tlen w stosunku 2:1 i macie drogę do zaświatów na skróty). Ale wracając do tematu wiary i niewiary. Mam taką kwestię do rozmyślenia dla mnie i dla was. Więc: Katolik i Ateista idą przy meczecie w Egipcie. Oboje krzyczą, kto kim jest. Kogo muzułmanie zapie*dolą pierwszego?


środa, 18 września 2013

Well swing a little more.

No więc tak.
Zacznę od tego, że to był dzień pełen stresu. Nie ma to jak lekcja o stresie, a zaraz potem do odpowiedzi z polskiego. Dałem radę, muszę powiedzieć.
Ogółem dzisiaj było nudno. Pogoda rano była motywująca, po południu już nie.
W tym co teraz piszę sama pełnia optymizmu i paleta emocji :D
Czas się powoli przyzwyczaić do tego, że nastaje jesień. Chciałbym 30 stopni i popływać w jeziorze. Ale jeśli bym teraz wpadł na taki pomysł to bym miał 40 stopni gorączki :D.
Krótko, bo i weny brak, a w poprzednim poście się rozpisałem. Też nagłe zwiększenie częstotliwości jest, do którego powoli się przyzwyczajam.
Osobiście nie sądzę, że jestem jakimś wprawionym blogerem, po prostu mam blogspota obcykanego i na tej witrynie łatwo mi idzie i wiem co i jak.
Jutro tylko 5km wokół Miejskiego na wf (tego się spodziewam i nie chcę). Trzymta kciuki :*

You bleeding, you win, is entertainment.

Właściwie jest to pierwszy post, od którego zaczynam publicznie pokazywać tego bloga (wcześniej parę osób go widziało). Teraz post o czymś konkretnym, wieczorem podsumuję ładnie dzień.

Jako że blog jest nie tylko o moich osobistych przeżyciach, ale też o pasjach, to dziś o czymś, co niektórzy mogą uznać za coś chorego i dziwnego. Interesuję się wrestlingiem, co akurat może być normalne i jest takowe. Klasyczną odmianę tego... Właśnie, czy to sport, czy to teatr. Uznajmy tą formę za rozrywkę i teatr (ten wrestling, który pewnie większość kiedyś oglądała, znaną postacią jest grający w "Szybkich i Wściekłych" Dwayne Johnson, znany też jako The Rock). Jest taki oto wrestling, gdzie jest mnóstwo udawanego bólu, są scenariusze (storyline'y), prawdziwej brutalności jest mało, a postacie są wyraźne i łatwo wchodzą w pamięć.
Chcę jednak opisać i przedstawić inną formę wrestlingu. Inną formę, czyli zupełnie inny wrestling. Ta forma to tzw. Deathmatche, bądź Hardcore Matche. W tych pojedynkach używa się rozmaitych narzędzi i broni, np. drut kolczasty (klasyk), jarzeniówki, krzesła, stoły, pinezki, sól, szkło czy klatki pod napięciem. Jeszcze jest wiele innych, ale te są najczęściej używane. Są to mecze krwawe, czasem się ciężko ogląda, ale przyciągają mnóstwo widzów. Takie walki są głównie w federacjach niezależnych (IWA czy Combat Zone Wrestling). Co was nie zdziwi, specjalizację w tych walkach ma Japonia. Tam odbywają się najbardziej chore walki, jakie świat widział. Oprócz pojedynczych walk są także turnieje deathmatchowe (King of The Deathmatch w IWA czy Tournament of Death w CZW). Taki mocny wrestling pojawił się na początku lat 90, przyciągał rzesze tłumów (szczególnie w Japonii, gdzie siadało na gali po 70.000 fanów). Nerwy trzeba mieć jakieś, żeby to całe obejrzeć. Chociaż, w ojczyźnie udawanego wrestlingu (WWE) takie mecze  także się zdarzały, ale strasznie rzadko i były brutalne (jak w sumie w Hardcore Matchach powinno być). Zazwyczaj w takiej odmianie nie ma scenariuszy, jedynie ogranicza się ból poprzez lżejsze ciosy (kto by chciał dostać prosto z jarzeniówki prosto w twarz, lub spaść z drabiny na stół z drutem kolczastym?). Ryzyko w walkach istnieje, spore, ale się to zabezpiecza. Sam nie chciałbym wziąć udziału w takiej walce, bo jak widzę takie coś, to dostaję pierdolca momentami. Oprócz suchej teorii pokażę niżej kilka różnych ekstremalnych walk.

A więc, zacznijmy od czegoś lekkiego. Federacja WWE. Walka Micka Foleya z Edgem z 2006. W użyciu drut kolczasty oraz pinezki :


Coś w innym klimacie, TNA, 2005. Walka Sabu vs. Abyss w stypulacji Barbed Wire Massacre. :


To teraz wejdźmy na wyższe piętro. 2011. Combat Zone Wrestling, w użyciu drabiny i jarzeniówki :

A teraz coś równie chorego, tym razem z ojczyzny ultraviolentu i chorych pomysłów, czyli Japonii. Rok 2010. Stalowa klatka i 200 jarzeniówek, cóż bardziej chorego?:

Jeżeli ktoś chce obejrzeć inne mecze, które są brutalne, to youtube i hasła np. CZW, Deathmatch, staple gun match, barbed wire match. Odsyłam też do strony o jednym z turniejów, gdzie znajdziecie różne odmiany i sobie je możecie obejrzeć : http://en.wikipedia.org/wiki/IWA_Mid-South_King_of_the_Deathmatch

poniedziałek, 16 września 2013

Climbing up the top sails, I lost my leg!!

Uwielbiam twórczość Dropkick Murphys i często się nią inspiruję, odwołuję do niej i się nasycam ich muzyką.

Cóż, dzień ten był zupełnie jak pogoda. Szara, nudna, monotonna. Przydał by się śnieg albo burza (pioruny i śnieg w 1 też jest ok, jak w lutym zresztą było).
Osoby, które tak uwielbiam i to czytają, mam wiadomość, która was zaskoczy tak jak susza na pustyni : Wchodzimy oto w kilkumiesięczny bezkres jesiennej pierdolonej monotonii. Czasami wyjdzie słoneczko i poświeci na kolorowe liście, co sprawi, że na twarzach połowy z was pojawi się nieopisany banan, a humor wzrośnie o kilka leveli. A potem bam, zima: zimno, ciemno, dużo śniegu, ewentualne zakłócenia w komunikacji kolejowej i autobusowej (+3h opóźnienia zawsze ok).
No, tak. Czasami mam problemy typu "Co zrobimy z pijanym marynarzem" (odsyłam do Drunken Sailor, taka piosenka). 500 rozwiązań, a żadne dostatecznie dobre, a problem pozostaje.


Owe Drunken Sailor:

niedziela, 15 września 2013

Farewell to Nova Scotia...

Farewell to Nova Scotia, the sea-bound coast,
May your mountains dark and dreary be.
For when I am far away on the briny ocean tossed,
Will you ever heave a sigh or a wish for me?

Czasami...
Czasami nagle wraca się do świata wspomnień.
Do świata ukochanych wspomnień sprzed lat.
Dla mnie te ukochane są sprzed 8 - 15 lat (tyle pamiętam).
Świat ten podlega metamorfozie i nieustannym zmianom...
Ach, gdyby teraz nagle się stały takie jak sprzed tych kilkunastu lat.
Dla mnie las mógłby pozostać taki sam.
Te same kształty ścieżek leśnych.
Dziury w asfaltówce te same.
Ten sam zardzewiały znak ustąpienia pierwszeństwa na skrzyżowaniu.
Ślady opon roweru z pierwszej leśnej wycieczki.
Ten sam stos drewna po prawej.
10 letnia pusta butelka wody, bo nagle chciało mi się wtedy pić.
Odbijające się echo słów : ,,Jak daleko jeszcze?"
Ten sam kasztan po prawej obok wielkich kałuży przed lasem...

Wiele takich miejsc, dziś odwiedziłem jedno z bardziej mi bliskich i sentymentalnych. 



środa, 11 września 2013

Walk, don't walk if your feet don't know the way...

Pewnego razu udałem się w nieznane. Był to mi absolutnie obcy teren. Otworzyły się przede mną 2 opcje. Iść dalej albo się po prostu cofnąć. Więc, jako że czasem lubię zaryzykować, udałem się dalej.

Jako tako zaliczam dzień do lepszych.
Przeżyłem w szkole, nie jest kiepsko.
Później już było tylko lepiej.
Teraz też nie jest kiepsko.

Kontynuując historię. Nie było niczym dziwnym, że nie wiedziałem, którędy iść. No i doszedłem do rozdroża. Znaczy, jak się okazało doszedłem do punktu, do którego wiodły 3 drogi. A na środku napis : HAHAHAHA, nie ma tu nic ciekawego, wracaj się!" A co dalej? Obudziłem się. 

Wiem, tyle w tym sensu to nic. Po prostu no, no.




poniedziałek, 9 września 2013

Signed and sealed in blood...

Czasem jest tak że nie wiadomo o co chodzi.
Dokładnie tak.
Dziś tak mało wiem o co z czym konkretnie chodzi.
Nie, że chaos.
Po prostu jestem rozkojarzony od tej pogody.
Szkoła nie daje mi się we znaki.
Bardziej niedzielne 50km rowerem.
No, trochę się zmęczyłem.
Strasznie mi gorąco...
Jakoś całe ciało ostatnie dni mi szwankuje.
Tak no...
Jest dziwnie.
Ale jest lepiej.
Wybić sobie niektóre rzeczy z głowy.
To jest myśl.
Całkiem dobra.

Signed and sealed in blood, I would die for you....
Niee... nie ma nikogo, dla kogo warto umrzeć.
Są co najwyżej idee.
Ale te muszą mieć urzeczywistnienie.
Sporo mi zostało do śmierci.


poniedziałek, 2 września 2013

It's a paradox. A mystery. A riddle.

Co jak co ale blog się odradza.
Odradza za dużo w sumie powiedziane i za mało.
Robię go całkiem od nowa, zachowuję tylko nazwę i adres (SLIVB FOREVER!)
Cult of The Slivb, sSsSsSounds Good
Tamtego usunąłem (sprawiał kontrowersje i właściwie nie chciało mi się pisać), chciałem przywrócić, ale importowanie postów trwa dobre 4 godziny, co ten komp ledwo ogarnia.
Przynajmniej całkiem wszystko od nowa robię.
Wykażę się nową weną, Oh Yeah.

Rozpoczął się nowy rok szkolny.
Po 9 latach zmiana budynku szkoły i 95% ludzi
Na lepsze 5% nie mogłem trafić tak sądzę.
Dobrze, że z tamtej szkoły mam ich.
A Rataje no to Rataje no, nowa szkoła.
Plan nie jest najgorszy, ale mogli darować w piątek na start 2 Podstawy Przedsiębiorczości i w jakiś dzień 2 wf na ostatnich lekcjach.
Jutro 7:12 pks i jazda, aww... Nic więcej nie pragnę niż wstać o 6! <3

Jednym z największych sukcesów ostatnich dni jest "zarażenie" dobrej koleżanki moim ulubionym zespołem muzycznym (Flogging Molly). Drugi największy sukces właśnie się teraz tworzy, ten blog.

Oh oh bejb bejb, spokojnie, za grafikę się wezmę i za te pierdoły.
Blog tematycznie podobny do "ojca" tego bloga. Tylko więcej konkretnych tematów będzie. Czasem bądź często będę się odwoływał do pasji i światopoglądu (do tego właściwie zawsze).

Tytuł posta hm, zagadkowy, no nie?
Jest to utwór zespołu Endeverafter "No more words"